book05.gif (381 bytes) pobierz wersję do druku [PDF 9MB]

© Zawodowiec @ cro.pl/forum

Albania, Kosowo, Czarnogóra 2005 - górski wypad.


0. Michal

Tamte góry już od dawna za mną chodziły, słyszałem o nich jako o jednym z nielicznych naprawdę dzikich miejsc w Europie. Od jakiegoś czasu namawiałem na ten wypad mojego starego górsko-wspinaczkowego kumpla. Szukałem trochę w sieci i zarejestrowałem się na stronie www.summitpost.org gdzie znalazłem dużo informacji o Prokletije i Maja Korabit (Golem Korab). Rzuciłem parę pytań do tych, co tam byli. Odpowiedział mi pewien Czech, Michal, który planował tam jechać z dwoma znajomymi i szukał więcej towarzystwa. Napisałem mu emila, dał mi też namiar na Ivoąa i Davida. Mieli w planach dokładnie te rejony, co ja. Michal miał wcześniej wyskoczyć w góry Bośni i Hercegowiny, a Ivoą, David i ja mieliśmy się z nim jakoś ustawić gdzieś w Czarnogórze. W międzyczasie się okazało, że mój łódzki przyjaciel nie może jechać.
Po jakimś czasie dostałem maila od Ivoąa, że Michal spadł i się zabił gdzieś w górach Prenj między Sarajewem a Mostarem. Totalny szok. Chłopaki mieli jechać na pogrzeb do Pragi i w najbliższych dniach się zdecydować, czy jechać czy nie.
Po paru dniach przyszła wiadomość, że jednak jadą. Mieli już wykupione bilety na autobus do Belgradu, ja miałem tam sam dojechać, a potem już razem w góry. Oni mieli trochę więcej czasu ode mnie, więc zaplanowaliśmy, że na początek śmiałym atakiem zdobywamy Korab (2751 m), najwyższy szczyt Albanii i Macedonii, położony na granicy. Jako że od strony macedońskiej jest potrzebny specjalny glejt z ambasady, na który się czeka 2 tygodnie, postanowiliśmy wejść od mniej znanej strony albańskiej. Potem miał nastąpić szybki przerzut grupy operacyjnej wozem bojowym do Kosowa i wejście na najwyższą górę wschodniego Prokletije - Đeravicę (2658 m), a następnie desant na Czarnogórę i atak od flanki przez granicę albańską na Maja Jezerce (2694 m) w zachodnim Prokletije. W zeszłym roku wystarczyło podobno się zgłosić na policji w Gusinje i spokojnie przejść łatwą drogą przez granicę, ale w tym roku władze zaczęły robić jakieś zgryzy i według mojego wywiadu tylko jedna ekipa z Belgradu dostała pozwolenie specjalnie z albańskiej ambasady dzięki znajomościom. Człowiek z Belgradu, który właśnie dostał tego glejta, napisał mi, że wcześniej w tym roku policja czarnogórska zwinęła jakąś grupę Czechów, co w górach podeszli za blisko do albańskiej granicy. Na zwykłej drodze na Maja Jezerce przez Vusanje jest strażnica policji, więc postanowiliśmy znaleźć jakąś drogę przez góry naokoło. Chłopaki mieli zostać w Prokletije jeszcze parę dni, a ja miałem wracać do domu zaraz po wejściu na Maja Jezerce. Jeszcze krótka wymiana maili i wszystko było dograne.


1. Droga

22 lipca

22 lipca rano ładuję bety w skodzinkę i ruszam na południe. Zaraz po wyjeździe z Łodzi zabieram gościa stopem aż do Cieszyna. Jedzie do kumpla, z którym zamierzają stopować aż do Rumunii i tam się powłóczyć po górach. Dalej krótki odcinek przez Czechy to nieustanny korek - zapchane miasteczka, roboty drogowe, tracę prawie godzinę. Z powrotem będzie trzeba jechać przez nowe przejście w Bukovcu.
Przez Słowację jadę przez Žilinę i Prievidzę, tam się trochę gubię, ale szybko wracam na właściwą trasę. Kierując się na Komarno, przed miasteczkiem Partizanske odbijam w lewo na drogę 511 na Zlate Moravce zakładając, że będzie krócej i mniejszy ruch, niż jakby dawać przez Nitrę. No i rzeczywiście jest fajny kręty odcinek specjalny przez słowackie kopce, zupełnie pusta droga, niezła zabawa jak ktoś lubi. Dalej do Komarna przez Vrable i Hurbanovo, obok browaru Złotego Bażanta, ale zamiast piwka tankuję ino wachę.
Po przejechaniu granicznego mostu w Komarom roboty drogowe, objazd i długo brak oznakowania wyjazdu na mój kierunek. Dalej przez Szekesfehervar do Szekszard, połączenie z tradycyjnym szlakiem budapeszteńskim i do chorwackiej granicy w Udvar. Trasa przez Węgry szybka, ze znikomym ruchem, z ominięciem Budapesztu i bezwinietkowa (podobnie, jak przez Słowację).
Już po ciemku wjeżdżam do Chorwacji i jadę przez Osijek i Vukovar. Zniszczeń wojennych nie widać, poza ostrzelaną i sypiącą się wieżą ciśnień. Około 11 w jakiejś opustoszałej wsi widzę błysk w krzakach przy drodze i zaraz za zakrętem machają na mnie czerwonym światełkiem. Teren zabudowany, ograniczenie do 50, mówią że jechałem 72. O naciąganiu nie ma mowy, rzeczywiście tyle mogłem mieć, w pierwszej chwili się cieszę że tylko tyle. Szczena mi opada jak śpiewają 500 kun i nie chcą słyszeć o żadnym targowaniu. Normalnie kawałek Europy na takim zadupiu. Próbuję zbić do jakiejś niższej sumy w euro, a oni że nie ma takiej możliwości i koniecznie chcą w kunach. Mają moje papiery, więc mówią, żebym podjechał na granicę (rzeczywiście rzut beretem) i kupił kuny. No to podjeżdżam, wymieniać można całą dobę, nie mam za dużo euraków, więc chcę opchnąć trochę funtów, ale jak mówią po jakim kursie mogą przyjąć, to mi się odechciewa. Z żalem poświęcam 70E, chociaż dobrze że po kursie zbliżonym do kantorowego. Jak wracam do naszych dzielnych glin, to robią się jakoś mniej sztywni i milsi, ja jakoś nie mogę się na to zdobyć. Przepisy przepisami, ale w takim miejscu i o tej godzinie to czysta chciwość.
Szybko wracam na granicę (Ilok/Bačka Palanka) i po krótkiej kontroli wjeżdżam do Serbii. Jadę wolno, ale w jakiejś wsi znowu na mnie machają. Tym razem tylko patrzą w papiery, pytają dokąd jadę i życzą srećan put.
Novi Sad po pierwszej w nocy tętni życiem. Na stacji najpierw pytam, czy można płacić kartą i tankuję. Terminal nie widzi mojej karty, nie chcą funtów, znowu muszę się wysupłać z euraków i dostaję resztę w dinarach. Potem w jakimś całodobowym kantorze wymieniam trochę funtów na dinary, jak szybko policzyłem to się bardziej je opłaca sprzedać niż euro. Zmęczony szukaniem wyjazdu na starą belgradzką drogę, rezygnuję i wjeżdżam na tą niby-autostradę. Gdzieś w połowie drogi bramka, myto chyba 320 DIN czy coś koło tego, niecałe 4 E. Podobno przy płaceniu w euro byłoby 6. Na dużej stacji przed Belgradem około drugiej staję na parkingu, oparcie w tył i myk do śpiwora. O 6.30 mam odebrać chłopaków z dworca autobusowego.


2. Dein Auto - nicht gut!

23 lipca

 

W Belgradzie zjeżdżam na kierunek dworca kolejowego, tam miejscowi mnie kierują na pobliski autobusowy. Miasto przypomina polskie klimaty sprzed 20 lat.
Wjeżdżam na jakiś prawie pusty placyk za dworcem, zapytany parkingowy śpiewa 100 DIN, po czym patrzy na moje tablice i mówi, że dla cudzoziemców 200. Wjeżdżam, wychodzę z samochodu i z uśmiechem wręczam mu stówkę mówiąc, że dla mówiących po serbsku jest 100. Gostek też się uśmiecha. Dostaję smsa od Czechów, że ich bus ma 2 godziny opóźnienia i są dopiero w Novim Sadzie. Włóczę się do tego czasu po okolicach dworca, piję kawę w przydworcowej knajpce, gawędzę chwilę z właścicielem i w końcu spotykam Ivoąa i Davida.

Szybko znajdujemy wspólny język, nie tylko językowo. Górskim doświadczeniem przerastają mnie o głowę, razem lub osobno bywali w Andach, Kanadzie, Alpach, Islandii, Pakistanie, Indiach...

Droga na południe Serbii przez Čačak i Kraljevo mija szybko, aż gdzieś w górach stajemy w korku - roboty drogowe. Mają otworzyć drogę o 12. W kraju gdzie wszystko jest "manana" nie wiemy czy to będzie o 12 dziś czy jutro, na szczęście szybko nas puszczają. 
Na granicy Kosowa trochę czekamy, aż nam wypiszą coś w rodzaju wiz, nie pobierają żadnych opłat. Dalej jedziemy przez Kosovską Mitrovicę, wjeżdżamy na chwilę do stolicy - Priątiny, w mieście wydają się nie obowiązywać żadne przepisy ruchu.
Robimy parę fotek i dalej na południe.
W kierunku Prizrenu i granicy albańskiej klimaty robią się coraz bardziej bliskowschodnie ...
... a na dwujęzycznych tablicach drogowskazów nazwy serbskie są coraz częściej zamazane farbą.
Na granicy kosowsko-albańskiej w Vrbnicy/Morine chcą od nas kosowskiego ubezpieczenia i są zdziwieni, że przy wjeździe do Kosowa nic nam o nim nie powiedzieli. Mówię im, że mam zieloną kartę ważną na całą Federację Serbii i Czarnogóry, a oni na to że Kosowo nie ma z Federacją nic wspólnego i jest pod zarządem ONZ. Po chwili negocjacji decydują się nas puścić bez niego, ale uprzedzają że przy następnym wjeździe do Kosowa i tak będziemy musieli je kupić, bo Kosowo jest poza systemem zielonej karty. Jako właściciel samochodu muszę jeszcze się podpisać na jakichś drukach, ich wypełnienie zajmuje wcześniej celnikowi kilka minut.
Pierwsze co nas uderza po wjeździe do Albanii, to dużo mniejsze zaludnienie, niż w Kosowie. Droga na razie jest asfaltowa, naokoło piękne górskie widoki.
Parę kilometrów za granicą na drodze stoi grupka agresywnie wyglądających nastolatków, jakby coś od nas chcieli. Powoli ale zdecydowanie przejeżdżam, w ostatniej chwili niechętnie się rozchodzą, coś do nas mówiąc. Dojeżdżamy do miasteczka Kukësi, bliskowschodni bałagan i gwar, pytani o drogę miejscowi są przyjaźni.
Jednak na tej stacji benzynowej jakoś na wszelki wypadek nie mamy ochoty tankować, cokolwiek by to nie znaczyło po albańsku.
Jeśli chodzi o dalszą drogę, to mapy Albanii moja (dwusetka) i Davida (czterysetka) się sporo różnią co do rejonu w który jedziemy. Potem się okaże, że najlepiej korzystać z obu jednocześnie, bo informacje się nieźle uzupełniają. Mam jeszcze sześćsetkę, która jednak daje raczej ogólny pogląd, niż szczegółowe informacje. Z opisu znalezionego w sieci wiemy, że do Radomire da się dojechać zwykłym samochodem od południa, ale "twojemu samochodowi ta droga się nie spodoba". Południowy szlak jest zaznaczony na wszystkich naszych mapach. Nam jednak wypada jechać z przeciwnej strony. Nie dysponujemy żadnym opisem północnego dojazdu poza tym, że jest on zaznaczony tylko na jednej z moich map - dwusetce. Figuruje też na mapie Davida.
W głosowaniu map jest więc wynik 2:1, a więc jedziemy. Gdyby mapa Czechów mówiła co innego... też byśmy pojechali.
We wsi Kolesjan kończy się asfalt, a my odbijamy w lewo, stromym szutrem pod górę.
Spotkani miejscowi z powątpiewaniem patrzą na skodzinkę, jeden znający parę słów po niemiecku odradza dalszą jazdę. Pokazując dalszą drogę, kręci głową i mówi: "mein Auto - gut, dein Auto - nicht gut!".
Oni tam jeżdżą ciężarówkami, busami, bogatsi terenowcami, a najczęstsze są stare merce, doskonale sobie radzące na wybojach. Naszym celem jest wioska Radomire, pod samym Maja Korabit, odległa jeszcze o jakieś 30 km drogą o niewiadomej przejezdności. Kilku facetów wsiada do busika i macha, żebyśmy jechali za nimi. Nasz "Niemiec" jeszcze tłumaczy, gdzie skręcać. Ruszamy za busem.
Bus musi czasem na nas czekać. Przy przejeżdżaniu większych potoczków płynących przez drogę razem wysiadamy, rozkminiamy jedyną możliwą drogę przejazdu, Czesi mnie pilotują, czasem coś chrupnie o chlapacza albo i o podwozie. W pewnym momencie Albańczycy muszą już wracać. W godzinę przejechaliśmy chyba mniej niż 1/3 drogi. Dają ostatnie wskazówki, gdzie jechać. Wręczam załodze busa Żubrówkę. Falemenderit! - dziękujemy.
Parę minut później widzimy za nami naszego busa. Puszczamy go naprzód, pilotuje nas jeszcze przez dwa rozstaja, na trzecim kierowca pokazuje ręką w lewo - tam jedźcie! Magia bakszysza. Nasze mapy razem wzięte by tego nie pokazały. Szybko robi się ciemno, makadamski put idzie stromo raz w górę, raz w dół, skodzinka się grzeje na jedynce, wyboje w światłach reflektorów wydają się większe, niż w rzeczywistości. Już zupełnie po ciemku przejeżdżamy most na rzeczce, mapy z zadziwiającą zgodnością mówią, że to wieś Bushtrice, a więc prawie połowa drogi. Zjeżdżam na dogodne dobudowane podwyższenie obok jakiegoś baraku przy drodze. Czesi namawiają, żeby jechać jeszcze kawałek, nie podoba im się to miejsce, ale ja i skodzinka jesteśmy już trochę zrąbani, więc odmawiamy. Robimy jakieś kanapki, gryzą nas meszki, szykujemy się kimać na dachu baraku. Z domku naprzeciwko wychodzi facet, wita się, trochę na migi i mówiąc "lulishte" proponuje nam spanie na trawniku w jego podwórku. Po chwili narady wjeżdżam przez bramę, rozkładamy się na trawie i zasypiamy pod miliardem gwiazd i meszek.

3. London calling

24 lipca

Już przed 5 rano drogą zaczynają kursować busy rozwożące ludzi między wsiami i do Kukësi. Wielu przejeżdżających wpada na chwilę do naszego gazdy, wszyscy na nas patrzą z zaciekawieniem. Podchodzi młody facet i zagaduje doskonałym angielskim, pracował kilka lat w Londynie. Gapi się z wywalonymi gałami na skodzinkę. To nie na nasze drogi - mówi. Mieszka w pobliskiej wiosce Veshi Veshi, której nawet nie ma na naszych mapach. Tłumaczy, że jej nazwa dosłownie znaczy "Wieś Wieś". Zaczyna padać deszcz. Przed wyjazdem robimy śniadanie, kupujemy u gazdy kilka albańskich browców, dajemy mu parę paczek fajek, serdecznie dziękujemy. Żegnamy się za pomocą rozmówek albańskich Ivoąa i Davida i ruszamy dalej w kierunku Radomire.

Pada coraz mocniej. Na szczęście droga przechodzi w kategorię "szybkiego ruchu", tzn. czasem daje się na dłuższych odcinkach wrzucić dwójkę. Około 10 jesteśmy w Radomire - wiosce na końcu świata.

Pierwsze złażą się dzieci, które zaglądają w każdy kąt samochodu, potem kilku mężczyzn w różnym wieku. Co ciekawe, kobiety i dziewczynki się w ogóle nie pokazują. Po pół godzinie przestaje padać. Znowu okazuje się, że jeden chłopak jeździ regularnie pracować do Londynu, miał dziewczynę z Polski, umie parę słów po polsku. Wszystkie są jednak niecenzuralne, a więc niezbyt przydatne w tej sytuacji - pozostaje się dogadać po angielsku. Robi za tłumacza, gdy jeden ze starszyzny pokazuje nam gdzie zostawić samochód, żeby był trochę bezpieczniejszy od ciekawskich dzieci. Znowu nasze dyżurne paczki fajek idą w ruch.
Czesi wybierają górskie mapy do zabrania. Ktoś im załatwił topograficzne rosyjskie i jugosłowiańskie wojskowe mapki z lat 80-tych, obejmujące wszystkie rejony, w które się udajemy - prawdziwy skarb. Pakujemy wory i ruszamy na Korab. Najpierw idziemy ścieżką przez pola, mija nas starszy wieśniak na osiołku, pozdrawiamy się nawzajem. Widzimy też pojedyncze kobiety pracujące w polu albo przechodzące drogą, wszystkie mają chusty na głowach, prawie albo wcale nie odpowiadają na pozdrowienia.
Nasz "Anglik" z Veshi Veshi wspominał, że Radomire to bardzo tradycyjnie muzułmańska wieś. Gdy podchodzimy stromo do góry, robi się zupełna lampa. Wychodzimy do długiej, szerokiej doliny Fusha Korabit, będącej wielkim pastwiskiem.
Spotykamy chodzące swobodnie stada koni. Obszczekują nas pasterskie psy, a potem podchodzi do nas trzech chłopaczków pasących owce. Znają trochę angielski ze szkoły. Mówią, że byli na szczycie Koraba. Towarzyszą nam aż na próg kotliny Panair, stanowiącej wyższe piętro doliny. Oprócz większej fauny, dolina jest również pełna mniejszych jej przedstawicieli.
Ivoą, botanik z zamiłowania, nachyla się nad każdą ciekawszą roślinką i zapisuje nazwy i miejsca występowania w kapowniku. Z progu schodzimy do Panair.
Po przejściu płaskim dnem krasowej kotliny zostawiamy to co niepotrzebne pod głazem i ruszamy w górę. Na podejściu zaczyna ze mnie wyłazić ostatnich parę miesięcy roboty, kiedy nie mogłem nawet pomarzyć o przejechaniu się rowerem, czy przebieżce po górach. Idę w ślimaczym tempie, spory kawałek za Czechami.
O 18.30 wchodzimy na szczyt z albańsko-macedońskim granicznym słupkiem. Wokół ani śladu macedońskich żołnierzy, przed którymi nas ostrzegano. Widoki takie sobie, jest sporo chmur, które czasem się rozchodzą. Czesi wyciągają małą flaszkę domowej śliwowicy. Wypijamy po łyku i wspominamy Michala, pomysłodawcę wyprawy, którego nie było mi dane poznać. Wiemy, że jest tu z nami.
Jak chmury się rozwiewają, to widzimy dolinę, z której przyszliśmy...
...i okoliczne góry, wszystkie poniżej nas.
Widzimy też niezaznaczony na naszych mapach drugi wierzchołek, położony całkowicie w Albanii. Wydaje się on tej samej wysokości, co główny. Jest w zasięgu ręki. Chłopaki zaczynają coś przebąkiwać, żeby na niego wejść i schodzić do Panair prosto z przełęczy pomiędzy wierzchołkami. Nie wyrażam specjalnie entuzjazmu, bo ciągle jestem zryty. Tak czy inaczej schodzimy na przełęcz, mówię że tu na nich poczekam, a oni idą w górę.
Po paru minutach jednak zbieram siły i po skałach ruszam za nimi. Normalnie by było łatwo, ale nie dziś. O 19.30 gramolę się na górę, gdzie już na mnie czekają. Dzięki chmurom i zachodzącemu słońcu główny wierzchołek, na którym byliśmy wcześniej, ukazał się nam w ciekawej oprawie.
Na zejściu dopada mnie totalny kryzys. David szybko zbiega po sypiącym się piargu, Ivoą cierpliwie dostosowuje się do mojego ślimaczego tempa, końcówkę zejścia do Panair robimy już w świetle czołówek. David już czeka na dole z całym szpejem, który w międzyczasie wyjął z naszej nory. Stawiamy namiot i gotujemy kolację. Łykamy jeszcze po trochu śliwki na dobranoc. Dziękuję Ivoąowi za cierpliwość. Chłopaki mnie zapewniają, że jeszcze jeden dzień w górach i kondycha mi się poprawi

4. Sempre sinistra

25 lipca

 

Rano nas budzi piękny słoneczny dzień. Sprzed namiotu widać "albański" wierzchołek, na którym byliśmy (po lewej) i jeszcze jeden, trochę niższy, środkowy.
Żeby pstryknąć szersze panoramki, odchodzę dalej od naszego obozu, aż zobaczę nasze oba wczorajsze szczyty. Z prawej strony widać też ten środkowy, na którym nie byliśmy. Dobrze widać też ciemniejszą dolinkę, wzdłuż której wczoraj po ciemku wracaliśmy.
Gdy zwijamy obóz, podchodzi do nas pasterz, a chwilę potem drugi. Jedyną nicią porozumienia są nazwy naszych krajów i uśmiech. Częstują nas chlebem, czymś w rodzaju żętycy i papryką marynowaną w kwaśnym mleku, całkiem smaczną zresztą. Żętycy boimy się więcej pić, nie wiemy jak nasze nieprzyzwyczajone żołądki mogą zareagować, ale po parę łyków próbujemy dla dobra stosunków międzynarodowych. W rewanżu dajemy im czeski chleb i trochę papierosów.
W końcu przychodzi czas się pożegnać. Pakujemy wory i ruszamy z powrotem naszą wczorajsza drogą. Ivoą ciągle wyżywa się botanicznie, notując nazwy wszystkich spotkanych roślinek.
Dzięki ładniejszej pogodzie mamy lepszy widok na wszystkie trzy wierzchołki Koraba. Te dwa najwyższe, które wczoraj zaliczyliśmy, to lewy i środkowy.
Po drodze zwracamy uwagę na roślinę, której korzeń napotkani miejscowi zbierają jako afrodyzjak. Według Ivoąa jej czeska nazwa to vstavač. Po naszemu to pewnie jakiś storczyk.
W coraz większym upale, z przerwą na posiłek, krótko po południu schodzimy do Radomire. Skodzinka stoi na swoim miejscu. Dopiero po dłuższej chwili zauważam artystyczną twórczość na masce, wykonaną zapewne przez jakiegoś miejscowego dzieciaka, mimo zapewnień starszyzny o całkowitym bezpieczeństwie. Przechodzący wieśniak rozkłada bezradnie ręce, jakby chciał powiedzieć - to nie ja i nie moje dziecko. Klnę pod nosem, ale po chwili myślę, że najważniejsze że możemy jechać dalej. Jak wyjeżdżam na główny plac wioski żeby się przepakować, dzieciaki nas znowu oblepiają ze wszystkich stron.
W pełnym blasku słońca wbijamy się w górską drogę, którą w tamtą stronę przejechaliśmy w większości po ciemku. Wesoło się nastawiam na pokonywanie znanego już i oswojonego odcinka specjalnego i radosne strzelanie fotek.
Wjeżdzamy na przełęcz i odwracamy się ostatni raz. Do zobaczenia, Korabie, dzięki za wszystko!
Jedziemy dalej. Życie w wioskach toczy się leniwym tempem, my też się dostrajamy do tej atmosfery.

Jak kierowca osiołka w końcu wymieni wiadomości dnia z jeźdźcem merca, to można ruszyć dalej.

Na jednym z długich podjazdów na jedynce temperatura w chłodnicy się niebezpiecznie zbliża do 110 stopni, więc dajemy skodzince chwilę odsapnąć.
Dzięki temu możemy się dokładniej przyjrzeć drodze do wsi Wieś Wieś, gdzie mieszka nasz "Anglik", i temu co nad nią wisi. Po obejrzeniu przez lornetkę okazuje się, że nie jest to gigantyczna chłodziarko-zamrażarka, lecz zwykły blok skalny, obdarzony wyjątkowo regularnymi kształtami. Blok ten w swoim czasie zapewne osłabi regularność kursowania busów Trans Alpin do Veshi Veshi i z powrotem.
Przez potoczek, który w tamtą stronę pokonywaliśmy w asyście licznej załogi miejscowych, tym razem pilotują mnie sami Czesi, wykonując dokumentację fotograficzną.

Szutr się wreszcie kończy, asfaltem docieramy do Kolesjan, gdzie miejscowy szewc skleja buta Davida, rozwalonego na zejściu z Koraba. Nie będzie go już musiał wiązać moim sznurkiem.

Na granicy albańsko-kosowskiej nie ma przebacz, zgodnie z przewidywaniami musimy wysupłać 25 euraków na kosowskie ubezpieczenie. Dodatkowo musimy zapłacić 4 euro "autobahn tax", o czym poinformował nas celnik władający zapewne niemieckim i angielskim. Widocznie zauważył, że nasz samochód nie wykazuje większych oznak zniszczenia - tak więc poruszaliśmy się drogami wyższej kategorii i podatek autostradowy nas obowiązuje. Opuszczamy ten kraj przyjaznych ludzi i pięknych gór, planując za kilka dni do niego wrócić. Tyle, że trochę mniej legalnie.

Naszym następnym celem jest Đeravica we wschodniej części Prokletije. Jedziemy przez Prizren i Đakovicę do Dečani, przed wejściem na Đeravicę chcemy zwiedzić prawosławny klasztor Visoki Dečani. Według naszych map jest on po drodze do wioski o dwóch nazwach, Kožnjar/Belaje, naszej bazy wypadowej w góry. Do miasteczka Dečani dojeżdżamy już po ciemku, zapytany miejscowy pewnie pokazuje nam drogę.

Wyjeżdżamy z miasteczka i serpentynami w górę, asfalt się kończy, widzimy jakieś wojskowe zabudowania, zero ludzi, obszczekuje nas tylko sfora psów. Jedziemy dalej szutrem, na rozstaju na czuja w prawo, jeszcze raz w prawo, tam gdzie widać jakieś zabudowania, może będzie kogo spytać. Brama pilnowana przez włoskich żołnierzy, na pytanie o klasztor i Kožnjar coś odpowiadają, rozumiem tylko "sempre sinistra", cały czas w lewo. Czyli dokładnie tam, skąd przyjechaliśmy. Nie ma wyjścia, wracamy do Dečani pytać dalej.

Dogadujemy się łamanym serbskim, co pewnie wychodzi nam na korzyść. Jakbyśmy mówili za dobrze, to nie wiem czy by nas tak przyjaźnie traktowali. Informacje pytanych tubylców są sprzeczne, poza tym że trzeba jechać przez włoski posterunek. Jeden starszy facet odradza zostawienie samochodu w Kožnjar, mówię mu że w razie czego damy miejscowym bakszysza żeby popilnowali. Wychodzi, że trzeba jechać drogą w prawo, którą na początku od razu odrzuciliśmy ze względu na stojący jak byk znak zakazu wjazdu. Czyli, patrząc z tamtej strony, faktycznie sempre sinistra. Krótki kawałek mocno dziurawym asfaltem i znowu posterunek wojskowy, tym razem dużo mocniej ufortyfikowany. Pilnujący Włoch mówi, że teraz na noc droga zamknięta, z tego co rozumiemy to jakoś można objechać naokoło, tak jak próbowaliśmy na początku. Nie wiemy, czy dobrze rozumiemy i czy nasz dzielny wojak w ogóle jest dobrze poinformowany. To chyba nawet nasi żołnierze przed misją ONZ przechodzą jakiś podstawowy kurs angielskiego. Włosi natomiast są przekonani, że z resztą świata się dogadają po włosku, z niewielką pomocą rąk i nóg.

Wracamy tak, jak na początku, znowu nas obszczekują te same psy, dalej zamiast skręcić w prawo na ten wcześniej napotkany włoski posterunek, jedziemy prosto coraz gorszym szutrem. Dochodzi północ, wiemy, że już dziś nie dotrzemy do Kožnjar, trzeba by gdzieś przykomarować. Jakieś rozszerzenie drogi, jakieś ogrodzone ujęcie wody czy coś. Żaden pies za nami nie przyszedł. Miejscówka wydaje się spokojna. Ładny widok z góry na światła Dečani. Polskie kiełbaski z serem na kolację i zasypiamy pod ąirákem, jak mówią Czesi, czyli pod gwiazdami.

5. Zagubiona ścieżka

26 lipca

Pod ąirákem zwykle śpi się twardo, ale budzi wcześnie. Szybkie śniadanie i jedziemy dalej szutrową drogą. Przejeżdżamy obok zapuszczonych resztek jakiegoś dużego ośrodka wypoczynkowego w lesie, dalej asfalt i... zasieki na drodze, odsunięte tak, że można wejść, ale nie wjechać, chociaż nie byłoby problemem ich całkowicie odsunąć. Zostawiamy jednak skodzinkę i idziemy na rozpoznanie. Za zakrętem, a jakże, pełno umundurowanych Włochów i wojskowych samochodów. Na wprost widzimy klasztor Visoki Dečani. Pozdrawiamy najbliżej stojących żołnierzy, pokazujemy paszporty, próbujemy wytłumaczyć, że tam wyżej mamy samochód, że chcemy zwiedzić klasztor a potem jechać dalej w góry, czy można wjechać itd. Po dłuższej chwili takiej konwersacji zdesperowany Włoch gdzieś dzwoni. Po o wiele dłuższej chwili podjeżdża gazik, z którego wysiada uśmiechnięty żołnierz i przyjaźnie się z nami wita najczystszą angielszczyzną. Na mundurze ma naszywkę "Interpreter". Okazuje się, że nasze plany są możliwe do spełnienia, ale nie możemy wjechać tędy, tylko przez ten wjazd, który był zamknięty na noc. David jest trochę niezadowolony z perspektywy kilkunastokilometrowego objazdu szutrem, próbuje negocjować czy nie dałoby się po prostu odsunąć i tak otwartych zasieków i wjechać od tej strony. Tak by nakazywała logika, ale we wszystkich armiach świata obowiązują inne prawa fizyki, których nie ma co próbować zrozumieć, tylko trzeba je przyjąć do wiadomości, podobnie jak teorię Einsteina. Mówię mu po polsko-czesku, żeby już dał spokój, dobrze że w ogóle się udało.

Na punkcie kontrolnym już o nas wiedzą, ale nasze paszporty jeszcze raz przechodzą dokładny przegląd. Szybciej przepuszczają miejscowych jadących do Kožnjar. Eskortowani przez Land Rovera dojeżdżamy do klasztoru, zostawiamy samochód i idziemy zwiedzać.

Żeby wejść do środka, musimy się przebrać w długie spodnie. Ogromna ilość średniowiecznych malowideł robi wrażenie. Trafiamy na ekipę robiącą dokumentację fotograficzną, pod przewodnictwem serbsko-amerykańskiego małżeństwa. Pracują dla organizacji zajmującej się zachowaniem serbskich zabytków i dziedzictwa kulturalnego w Kosowie. Zdjęcia mają być umieszczone na stronie http://serbianunity.net/blago/2005/. Amerykanka nam opowiada o wojennych losach klasztoru, który dla prawosławnych Serbów jest czymś w rodzaju naszej Częstochowy. Większość okolicznej serbskiej ludności musiała opuścić swoje domy z powodu prześladowań etnicznych. Nie wiadomo, jaki byłby los klasztoru, gdyby nie chroniący go z ramienia sił międzynarodowych włoscy żołnierze. W jugosłowiańskich konfliktach nie ma prostych prawd ani łatwych podziałów na dobrych i złych. Miloąević i jego banda byli tyle samo warci, co przywódcy albańskich ekstremistów, a najwięcej cierpieli zwykli ludzie wszystkich narodowości.

* * *

Dobra szutrowa droga prowadzi nas w górę potoku w kierunku odległego o kilkanaście kilometrów Kožnjar/Belaje. Wypatrujemy dobre miejsce nad potokiem. Z przyjemnością włazimy do chłodnej wody i zmywamy z siebie syf i brud ostatnich dni. Suszymy się na słońcu. Zupełnie jak w Chorwacji nad Jadranem.

Przed trzecią po południu jesteśmy w Kožnjar. Wszystko, co widzimy w wiosce, to dom z warsztatem stolarskim przy głównej drodze. Przy nim kilku facetów, wszyscy mówią po serbsku, ale chyba niektórzy to Albańczycy. Chwilę z nimi gawędzimy, dajemy parę paczek fajek i prosimy żeby rzucili okiem na samochód. Jeden wspomina coś o minach w górach. Obiecujemy sobie trzymać się dróg. Łatwo powiedzieć.
Idziemy dalej przedłużeniem naszej drogi, teoretycznie jeszcze sporo by się dało podjechać, tylko skodzinka by została bez opieki. Dochodzimy do dosyć głębokiego brodu, przejezdnego chyba tylko dla traktorów, może ciężarówek. Stoi tam jakaś furgonetka, zostawiona, bo dalej by nie wjechała. Jest też mostkek w budowie, który przechodzimy po balach.

Jeszcze dwie godziny marszu rozjeżdżoną leśną drogą i jesteśmy na dużej łące zwanej Rupa (Dziura), gdzie według starego czeskiego przewodnika powinniśmy odbić ścieżką w lewo. Przewodnik pamięta czasy Jugosławii, opisana ścieżka widać nie pamięta, że kiedyś istniała. Po chwili poszukiwania idziemy na czuja w górę w las, terenem rozjeżdżonym przez drwali. Coś na kształt ścieżki zaczyna się stromo piąć zboczem, ku naszej radości odnajdujemy wyblakły czerwony znak szlaku turystycznego na drzewie. Bardzo stroma ścieżka czasem jest wyraźniejsza, czasem zupełnie zanika, idziemy po znakach. Las się kończy, wychodzimy w piętro hal.
Według przewodnika powinniśmy dojść do dużego schroniska. Albo idziemy jakąś inną drogą, albo wszystko co z niego zostało to resztki niskich murków i osiedle pasterskich szałasów. Nie schodzimy tam, droga wypada bardziej w lewo. Idziemy jeszcze trochę w górę i przed zmrokiem rozbijamy namiot.

6. Planinari

27 lipca

Śpimy jak zwykle znakomicie i budzimy się przed wschodem słońca.
Krótko po wyruszeniu, za pierwszym przekroczonym grzbietem ukazuje się nam wreszcie Đeravica.

Mimo wczesnej pory słońce ostro grzeje, a muchy są wyjątkowo upierdliwe.
Ostatnie strome podejście i już o 8.30 rano jesteśmy na najwyższym szczycie Kosowa.

Siedzimy na szczycie chyba z półtorej godziny. Wreszcie łapię zasięg żeby wysłać semsa do Ag.

Wokół góry, góry i góry... daleko widać też zachodnie Prokletije, nasz następny cel...

...i jeszcze więcej gór wszędzie naokoło.

Znajduję kilka łusek po nabojach. Wala się też parę kapsli po piwie. Może ktoś sobie zrobił balangę ze strzelaniem na wiwat. Na jednym z głazów napis sprayem - UCK (Armia Wyzwolenia Kosowa).
Dobrze się nam siedzi na górze, ale zejść w końcu kiedyś trzeba. Złazimy na drugą stronę, w końcu dołączając do naszego szlaku podejścia.
Kapownik Ivoąa jest ciągle w ruchu. Niebieskie dzwoneczki rozpoznaje bez wahania jako hořec.

...a nazwy pozostałych chyba tylko on pamięta...

...no może z wyjątkiem jednego.
W Kosowie "czarna owca" nie jest chyba aż tak negatywnym określeniem.
Z daleka widzimy traktor, powoli rzęzi pod górę naszą dalszą drogą zejściową. Jak on tam wjechał? Musi być jakiś łagodniejszy objazd, przecież nie podjechał naszym szlakiem. Czesi wyciągają lornetkę, widać doczepione z tyłu wiszące siedzenie, na którym zasiadają dwie kobiety. Ooooo, babosed - słyszę od Ivoąa. Uśmiecham się do siebie, podziwiając prostotę i pomysłowość ich języka.

Od jakiegoś czasu na horyzoncie zbierają się chmury i grzmi. Szybko zbiegamy naszą ścieżką przez las. Już jesteśmy na drodze w dolinie, gdy przychodzi krótki, odświeżający deszcz. Przed 3 po południu, dokładnie 24 godziny od wyruszenia stamtąd, jesteśmy w Kožnjar. Skodzinka na nas czeka, znowu ucinamy pogawędkę z gospodarzami warsztatu. Ruszamy szutrową drogą w dół potoku, po drodze nie zapominając o kąpieli.

* * *

Planujemy się dostać do Czarnogóry najkrótszą trasą, przez przełęcz 1849 i wieś Čakor, podobno piękną widokową drogą. Jeden z mieszkańców Kožnjar wspominał wprawdzie o kiepskiej jakości szutrze, ale po albańskich przejściach tylko się uśmiechnąłem na jego ostrzeżenia.
Na rogatkach Peć drogowskaz na Čakor, posterunek KFOR, droga dnem wąwozu. Asfalt najwyraźniej niedawno położony, chociaż wyrwy się zdarzają.

W Kućiąte koniec tej przyjemności, drogowskaz na Čakor kieruje w makadamski put. Zabudowania się kończą, w lewo odchodzi droga z drogowskazem na jakąś restaurację, my jedziemy prosto coraz bardziej zapuszczoną trasą, wcale nie mając pewności, czy tak trzeba. Coraz częściej muszę wrzucać jedynkę, chociaż jest prawie płasko. Myślę, co będzie dalej, jak będzie podjazd na ponad 1800 m.

Nagle drogę zagradza położony w poprzek lekki kawałek pniaka. Co za cholerstwo? Niewiele myśląc, odwalamy go na bok i hajmo raja! Za chwilę tablica - "znajdujecie się na terytorium Czarnogóry, pojazdy KFOR muszą tu zawrócić". Ale przecież my nie jesteśmy KFOR, nikt nas nie zwerbował po drodze. Naprzód! Jeśli jazda 5 km/h na jedynce może oznaczać "naprzód".
Naszym oczom ukazuje się wielki stos pniaków i gałęzi na całej szerokości drogi. I nie jest to wiatrołom, zwalili to celowo. Tym razem oczyszczenie przejazdu zajęłoby trochę dłużej. Widocznie ktoś zaliczył nas do KFOR-u.
Jedno, co mogliśmy przeoczyć, to droga "do restauracji". Wracamy, na rozjeździe spotykamy samochód, kierowca na pytanie, czy tamtędy na Čakor, odpowiada twierdząco. Szeroka, znakomita szutrowa droga pnie się serpentynami, nachylenie jak nic 20% jakby potwierdzało, że nas doprowadzi na 1849 m. Po dłuższej jeździe w końcu ąkodovka się grzeje, trzeba jej dać odsapnąć, na przełęcz jeszcze spory kawał.
Ruszamy. Za zakrętem restauracja, parking i... koniec drogi. Knajpiarz tłumaczy, że droga na Čakor szła dołem, ale parę lat temu została zamknięta przez wojska KFOR. Myślę, że minie następnych parę lat, to i jakąś tablicę informacyjną też postawią. Albo i drogę prędzej z powrotem otworzą.
Między wąwozem a Peć można by zobaczyć klasztor Patrijarąija. To dlatego tam jest posterunek, z tych samych przyczyn co w Visoki Dečani. Pytamy żołnierza, czy można zwiedzić. Sprawdza nam paszporty, pyta nas o wyznanie, czy nie jesteśmy przypadkiem muzułmanami. Dwaj jasnowłosi Czesi najwyraźniej na nich wyglądają, Polak z trochę ciemniejszymi włosami tym bardziej. Dzwoni do klasztoru, dowiaduje się, że zwiedzanie tylko do piątej po południu (jest już po siódmej), zaprasza jutro. Niestety nie mamy tyle czasu.

Pozostaje jechać do Czarnogóry przez przełęcz 1710, Rožaje i Berane. Długi podjazd, lecz bez żadnych ekstrem, świetna droga. Przed samą przełęczą przejście graniczne, posterunek kosowski. Ze 2 km dalej, za najwyższym punktem, czarnogórski. Wychodzi do nas wesoły pogranicznik o posturze niedźwiedzia. Pyta nas, skąd i dokąd jedziemy. Z Koraba, Đeravicy... Ooo, planinari - wpada mi w słowo - isto sam planinar, volim svih planinarov! A sada Durmitor, kroz Gusinje - rzucam mu naszą oficjalną czarnogórską legendę. Gusinje? - wesoło ciągnie celnik. Człowieku, nie wnikaj w to Gusinje, przecież powiedziałem Durmitor - myślę sobie. Prokletije? Maja Karanfil? Znam je sve! Fajny człowiek, no dobra, do Karanfila można mu się przyznać. Na koniec wręcza nam kartę pobytową, jedną na wszystkich, żeby ją oddać przy wyjeździe. Co jest? Byłem już w Czarnogórze i nie było takiego zwyczaju. Mówię mu, że pewnie nie będziemy razem wracać, koledzy zostaną dłużej, niech im wypisze oddzielnie. On na to, żebyśmy poszli na posterunek w Gusinje albo gdziekolwiek, to nam wypiszą bez problemu, wyraźnie już mu się nie chce. Hmm, policję w Gusinje to będziemy omijać szerokim łukiem. Jedziemy, zostawiając sympatycznego pogranicznika w nieświadomości naszego prawdziwego celu.

Parę kilosów dalej znajdujemy dobry zjazd do lasu i walimy się spać pod ąirákem.

7. Pożegnalna kolacja

28 lipca

Następnego dnia chcemy mieć jak najszybciej z głowy formalności biurokratyczne. Pewnie nie warto w ogóle sobie zawracać głowy, ale wychodzimy z założenia że strzyżonego... Od policji w Gusinje wolimy się trzymać z daleka, więc znajdujemy posterunek po drodze, w miasteczku Berane. Musimy swoje odczekać, zanim dyżurny policjant załatwi bieżące sprawy, potem po obejrzeniu świstka i wysłuchaniu moich tłumaczeń w końcu skuma bazę i odeśle nas do właściwego pokoju. Tam następny stróż prawa wysyła mnie do kiosku na rogu celem zakupu odpowiednich formularzy, za grosze na szczęście, jako miejsce pobytu dla formalności wpisuje Berane. Powtarza to samo co słyszeliśmy na granicy, żeby wpisać datę opuszczenia Czarnogóry w dniu wyjazdu. Oczywiście jak dla niego naszym celem wędrówki pozostaje Durmitor.

Koło południa jesteśmy w Gusinje. Ludzie, jakie tłumy, normalnie Krupówki w szczycie sezonu. Przeciskamy się między straganami i tłumem pieszych, w końcu znajdujemy wyjazd na Grbaję. Jedyna logiczna droga do naszego celu, Maja Jezerce, wiedzie przez Vusanje i dolinę Ropojana. Z Vusanje dałoby się wejść na szczyt i wrócić w jeden dzień. W Vusanje znajduje się jednak posterunek policji. Do zeszłego roku trzeba się tam było meldować w drodze na najwyższy szczyt Prokletih. W tym roku, według naszych wiadomości, próba zameldowania skończyłaby się zawróceniem. A próba przejścia bez zameldowania, jeśli nieudana...wolimy nie próbować. Dlatego też zamiast Ropojany kierujemy się na Grbaję. A najpierw do wioski Ahmedmujovići.

Zatrzymujemy się przed ostatnim domem. Przychodzi czas rozliczenia benzyny, bo odtąd odpalamy z buta, a potem Ivoą i David zostają dłużej w górach, a ja będę wracał sam. Zrobiliśmy razem prawie 1000 km. Z dodatkowymi kosztami 60-parę euraków na nich dwóch. Chłopaki odchodzą na chwilę na bok, po czym wręczają mi 80 euro i nawet nie chcą słyszeć o zwrocie reszty, mówią że ich tak woziłem że sobie zasłużyłem. Lubię ich coraz bardziej.

Gadam chwilę z bardzo miłą gaździną. Pokazuje gdzie stanąć, zapewnia że samochód będzie całkowicie bezpieczny. Pyta, gdzie idziemy. Podaję oficjalną wersję - góry naokoło doliny Grbaja, Voluąnica, Karanfili... Mam wrócić sam za kilka dni, nie wiem dokładnie kiedy, towarzysze zostają w górach dłużej.

Pierwszy długi kawałek wiedzie asfaltową drogą. Zaraz na początku zatrzymujemy się przy obudowanym źródełku, zasiadamy na ławach. Ostatnie polskie kiełbaski z chlebem, pomidorami, papryką i ogórkami, do tego pramenita voda.

Idziemy w głąb doliny, otwierają się widoki na Karanfili. Już tyle ludziom nagadaliśmy, że tam idziemy, że kiedyś będzie wypadało je odwiedzić.

Przy ujęciu wody uzupełniamy jej zapas. Droga się kończy, szukamy ścieżki, co nas wyprowadzi na naszą przełęcz. Po pierwszej próbie, po kilkunastu minutach darcia przez krzaki stwierdzamy, że to chyba nie to. Druga próba i napotykamy wyblakłe czerwone znaki na drzewach. Drogowskazu nie było, ścieżka też zarastająca, znaczy oficjalnego szlaku nie ma, ale według wojskowej jugosłowiańskiej mapy kierunek się zgadza. A więc zaczynamy dymać ostro pod górę.
Gdy wychodzimy ponad las, zaczyna trochę padać. Przeczekujemy pod drzewkiem. Znajdujemy zaznaczone na mapie źródło. Całe szczęście, że mogę uzupełnić wodę, na podejściu wyżłopałem chyba ze 2 litry. Nie mam już problemu z wytrzymaniem tempa Czechów, parę dni w górach zrobiło swoje, ale człowiek nie wielbłąd, pić musi. Chmury się rozchodzą, mamy świetny widok na Grbaję i naszą drogę podejścia. Przez lornetkę widać nawet chałupę, przy której stoi skodzinka.
Przychodzi druga fala deszczu, równie nagle jak pierwsza, ale jeszcze gwałtowniejsza. Tym razem nie ma się gdzie schować. Zanim się okutamy w goreteksy, już jesteśmy mokrzy. Na szczęście jeszcze parę minut i jesteśmy na przełęczy, z ulgą zrzucamy wory i rozbijamy namiot. Zachodzące słońce oświetla góry.
Topimy wodę z pola śnieżnego i gotujemy kolację z kilku dań. Wypijamy specjalnie wyniesione na górę albańskie piwko. Jaramy nawet po fajeczce, chociaż żaden z nas normalnie nie pali. Albański szewc, który skleił Davidowego buta, dał nam trzy z paczki, którą dostał od nas, więc trzeba z nich zrobić pożytek. Być może już jutro wejdziemy na Maja Jezerce i przyjdzie czas się rozstać, więc musi to być oslavna večeře. Skąd możemy wiedzieć, ile jeszcze będzie tych pożegnalnych kolacji.

8. Tři sedélka

29 lipca

Według wojskowej mapy spaliśmy już na albańskiej granicy. No to się udało wejść, nikt nas nie niepokoił. Teraz trzeba się jeszcze dostać na Jezersky vrh, jak mówią Czesi. Michal kiedyś tu był, zrobił jednodniowy rozpoznawczy wypad na lekko z Grbaji w tamtym kierunku. David i Ivoą słyszeli od niego o jakiejś możliwej drodze przez trzy przełęcze. To wszystko, co wiemy.

Wschodzące słońce oświetla ścianę nad miejscem biwaku. Zwijamy się, pora iść na poszukiwanie trzech przełęczy.
Schodzimy w polodowcowy kocioł, przez chwilę szukamy najlepszej drogi przejścia. Zostawiamy wory na dole dużego śnieżnego pola. Nad nami dwie przełęcze. Jeśli z tej po lewej by się dało zejść na drugą stronę, prawdopodobnie bylibyśmy w albańskiej części doliny Ropojana, skąd droga już krótka. Prawdopodobnie, bo na mapie, chociaż dokładnej, w skalnym terenie nie widać poziomic i trudno się rozeznać. Podchodzimy na tą lewą przełęcz i widzimy, że zejście nie rokuje większych szans. Zbiegamy z powrotem polem śnieżnym, często zjeżdżając na butach. Wory na garb, droga niestety będzie dłuższa. Wychodzimy na tą prawą przełęcz, patrzymy w dolinę po drugiej stronie i na okoliczne szczyty i już trochę lepiej się orientujemy gdzie jesteśmy. Planujemy dalszą drogę, chyba po drugiej stronie następnej grani będzie już upragniona Ropojana.

Zejście do doliny jest parszywe, stromy piarg sypie się spod nóg, w jednym miejscu przyglebiam, zdzierając lekko skórę na ręce i nodze. Jeszcze kawałek trawersujemy polem śnieżnym i wychodzimy na następną przełęcz. Drugą z trzech Michalowych? Słońce cały czas niemiłosiernie jebie, do spółki z worem na plecach. Na przełęczy zrzucam plecak i walę się w cień pod skałą.
Rzut oka w dolinę poniżej i na mapę mocno weryfikują nasz pogląd na to, gdzie jesteśmy. Jaka Ropojana? Musimy być w masywie Maja Ladojvet, to co widzimy to może być tylko ten wielki kocioł o płaskim dnie, doskonale widoczny na mapie. Rypiące słońce i brak wody nasuwa mi wisielcze skojarzenie - Dolina Śmierci. Rozpuszczamy w wodzie szumaka o owocowym smaku, popijamy nim suszone owoce i orzeszki. Trzeba się napić na zapas.
  Zejście jest jeszcze paskudniejsze i dużo dłuższe niż poprzednie, w dodatku coś jakby niehalo z moim lewym kolanem, boli przy obciążaniu. Długi trawers zboczem, jak dobrze, że nie musimy schodzić na sam dół i jeszcze bardziej tracić wysokości. Rypanie na następną przełęcz, trochę drapania się po skałach, już zupełnie na pilocie automatycznym. To już ta trzecia. Tym razem już wiemy na pewno, że po drugiej stronie czeka Ropojana. Wychodzimy na górę, wreszcie odsłania się Maja Jezerce. Słońce jeszcze wysoko, myślę sobie, że jeszcze dziś zejdziemy w dół, ale chłopakom już się nie chce. Zabieramy się do pichcenia.
Przygląda się nam młody albański pasterz, który podszedł za nami z Doliny Śmierci. Odmawia spróbowania zupy z torebki. Przypuszczamy, że jako muzułmanin może się bać, czy nie ma tam wieprzowiny. Chętnie natomiast częstuje się czekoladą. Po dłuższej chwili schodzi z powrotem w dół.
Czechom przychodzi pomysł wejścia na szczyt nad naszą przełęczą i znalezienia na wierzchołku miejsca do spania. Czemu nie? Bierzemy bety i wyłazimy na górę. Na płaskim przedwierzchołku będzie aż nadto miejsca na nocleg. Obudowujemy nasze orle gniazdo niskim murkiem z kamieni dla ochrony od wiatru, w środku rozkładamy karimaty i śpiwory. Słońce oświetla jeszcze szczyt Maja Jezerce.
Wychodzimy jeszcze na chwilę granią na pobliski wierzchołek. Zachodzące słońce oświetla Dolinę Śmierci. W końcu nadchodzi czas, by wrócić do orlego gniazda.

Już leżąc w śpiworach, pijemy po łyku śliwki. Za Michala, który nam wskazał drogę przez trzy przełęcze.



9. Rasim

30 lipca

Jakiś instynkt każe mi się obudzić i sięgnąć do wora po aparat. Na zegarku 5.50. Zdążyłem.
Świat od razu przybiera nowe barwy.
Dolina Śmierci i góry położone za nią też wyglądają zupełnie inaczej...
... a po przeciwnej stronie horyzontu Maja Jezerce wydaje się bliżej niż kiedykolwiek. Dzisiaj?
Po zwykłych porannych rytuałach, prosto z grani schodzimy w dół. Miałem nadzieję, że po nocnym odpoczynku z kolanem będzie lepiej. Nadzieja matką głupich. Staram się za bardzo nie zostawać w tyle i nie opóźniać chłopakom zejścia. Jak zwykle paskudnego zresztą, stromego, po sypiącym się rzęchu. Czasem dla odmiany trafi się pole śnieżne albo trochę skałek.

Jesteśmy już blisko dna doliny. Zagroda, owce, kozy, konik, osioł, ujada pies. Walimy się w cień pod wielkim głazem i pijemy szumaka.
Podchodzi do nas pasterz. Albańczyk, ale dobrze mówi po serbsku. Przedstawia się, ma na imię Rasim. Zaprasza nas do szałasu, częstuje rakiją. Gżur! - na zdrowie! Pijemy po lufce, proponuje więcej ale grzecznie odmawiamy, w końcu czeka nas dziś jeszcze daleka droga pod górę w słońcu. Pijemy za to mnóstwo zimnej wody i świeżego mleka i chętnie się częstujemy białym serem. Rasim opowiada, jak chodzi pieszo albo jeździ na osiołku 3 godziny do najbliższej wioski, przesiada się na samochód i po następnych 4 godzinach sprzedaje ser i mleko w najbliższym miasteczku. Jego córka mieszka w Stanach. Uczymy się kilku albańskich słów, dokładamy sobie jeszcze więcej znakomitego sera. Opowiadamy trochę o naszych krajach. W końcu przychodzi pora podziękować gościnnemu Rasimowi i się pożegnać.
Schodzimy jeszcze niżej, na dno górnej części Ropojany, jeszcze trochę i znajdujemy ścieżkę prowadzącą na ostatnią przełęcz. Tą czwartą, ponadplanową. Podejście byłoby fajne, gdyby nie kochane słoneczko i cały dobytek na plecach. Chociaż dobrze, że kolano pod górę nie boli.

Gdy jesteśmy już dosyć wysoko nad dnem doliny, widzimy dwudziestokilkuosobową grupę z plecakami, nadchodzącą od strony granicy. Prowadzi ich policjant, chyba czarnogórski. Przyglądamy im się przez lornetkę. Rozstawiają namioty, gadają z pasterzami. Dobrze, że jesteśmy już wysoko i nie znaleźliśmy się w złym miejscu o złym czasie.
Tuż przed przełęczą stajemy na popas. Suszone owoce, orzeszki, szumak. Nabieramy śniegu w czarną folię, wystawiamy na słońce i zbieramy wodę do butelek. Podeszwa Davida znowu się odkleiła, dowiązuje ją za pomocą repsznura i mojego szwajcarskiego scyzoryka z szewskim szpikulcem. Pomaga sobie korkociągiem. Słowo korkociąg bardzo się podoba Czechom. Pytam się jak to po ichniemu - vývrtka. Ivoą powtarza: korkociąg - korkotah. Ja na to: vývrtka - wywiertka. Szczery śmiech długo się niesie echem po skałach.

Ostatnia przełęcz. Nie ma jeszcze trzeciej po południu. Maja Jezerce na wyciągnięcie ręki. Wchodzimy dzisiaj?
Już i tak jesteśmy w albańskich Prokletih dłużej niż planowałem, śpieszy mi się do domu, czeka mnie jeszcze następny wyjazd - Chorwacja z Ag. Myślę sobie, że jak wejdziemy, to może zdążyłbym zbiec jeszcze dziś w nocy do Gusinje, tak nawet łatwiej by było uniknąć czarnogórskiej policji. Chłopaki mnie przekonują, że chyba jednak lepiej nie. Ze szczytu być może wracalibyśmy już po ciemku. Po dłuższej chwili przyznaję im rację.

Daleko, na polu śnieżnym, widać trzy osoby schodzące od strony Maja Jezerce. Na jakiś czas tracimy ich z oczu. Schodzimy jeszcze kawałek, widzimy, że zeszli nad jezioro i chyba zamierzają tam dłużej posiedzieć. Przepakowujemy bety, zostawiamy co niepotrzebne pod głazami, gdzieś tu będziemy nocować. Też chcemy zejść i się wykąpać. Chwilę się zastanawiamy, czy warto w naszej sytuacji ryzykować spotkanie z kimkolwiek. Widząc, że trójka nieznajomych nie ma zamiaru ruszyć tyłków, mimo wszystko ruszamy w kierunku jeziora.

Po pół godzinie jesteśmy nad brzegiem. Nieznajomi są schowani za skalnym załomem, dosyć daleko od nas. Na razie się z nimi nie integrujemy, tylko się rozbieramy i włazimy do wody, oczywiście na waleta. Czesi mówią, że jak przyjdzie policja to nas może zgarnąć za nemravost. Śmiejąc się, pytam co to jest - okazuje się, że nemravost znaczy niemoralność. W zamian ja im tłumaczę, co to jest po polsku niemrawość. Znowu jest wesoło. Wypływamy na środek jeziora. Woda jest zimna, ale da się wytrzymać. Tego nam było trzeba po kilku dniach w upale bez żadnej kąpieli.

Trzeba nabrać wody z potoku spływającego do jeziora, ale do tego musimy przejść obok trójki turystów. Kobieta i dwaj faceci z Belgradu, jeden z nich okazuje się być serbskim policjantem, oczywiście na urlopie, a nie na służbie. Mówią, że mieszkają w domku na polanie Zastan przy rozwidleniu dolin w Ropojanie, z tego co zrozumieliśmy, należącym lub użytkowanym przez policję w celach wypoczynkowych. Próbowali wejść na Maja Jezerce, ale doszli tylko nieco ponad przełęcz pod szczytem, dalej było za trudno i krucho, woleli nie ryzykować. Mówią, że może ze sprzętem wspinaczkowym by dało radę. My w razie czego mamy trochę szpeju.

Karmimy ich wersją, że weszliśmy w góry od strony albańskiej, że jutro idziemy na szczyt, a potem jeszcze zobaczymy, co dalej. Rżnąc głupa, pytam czy mają przepustkę, bo słyszeliśmy że ciężko ją zdobyć. Nie mają żadnego glejtu, przeszli normalnie przez granicę najprostszą drogą. Oprócz strażnicy w Vusanje, powyżej w dolinie nikt nie pilnował. Domyślam się, że zawodowy policjant, chociaż serbski, i tak by mógł mieć jakieś ułatwienia, ale już nie drążę tematu tylko się w duchu cieszę z dobrych wieści na jutrzejszy powrót. Żegnamy się i ruszamy każdy w swoją stronę.

Po rozbiciu namiotu gotujemy kolację, już raczej na pewno pożegnalną. Pijemy wywar z zebranej macierzanki i jeszcze jakiegoś zioła, według patentu Czechów. Wieczór jest zupełnie bezwietrzny, z trawy wstają chmary meszek. Są wyjątkowo upierdliwe, włażą do oczu, nosa, za rękawy, trzeba się cały czas oganiać. Z Ivoąem przenosimy namiot na pobliskie pole śnieżne żeby tam spać, tam gdzie nie ma trawy to nie będzie i tego cholerstwa. David bohatersko zostaje spać na łące, po zachodzie zrywa się lekki wiatr i trochę rozpędza naszą plagę. Jutro wcześnie rano idziemy na górę.

10. Najdłuższy dzień

31 lipca

W namiocie rozstawionym na śniegu jakoś źle mi się śpi, coś mi twardo i zimno mimo karimaty i podłożonej kurtki. Budzę się przed świtem, ale to nawet lepiej, szybciej się zwiniemy. Wstajemy, jemy śniadanie, co niepotrzebne zostawiamy przykryte głazami, zbiegamy na dno dolinki i ruszamy pod górę przeciwległym stokiem. Kolano zupełnie przestało boleć, marsz z lekkim plecakiem to sama radość.

Wkrótce zaczynają się przeplatane skałami pola śnieżne, którymi wiedzie większość drogi na ostatnią przełęcz pod szczytem. Wychodzimy z cienia, mimo wczesnej pory robi się bardzo ciepło. Odsłania się widok na Ropojanę i góry po jej drugiej stronie, których topografię zdążyliśmy całkiem nieźle poznać przez ostatnie dni. Na przełęczy zaczynają się czerwone znaki prowadzące na wierzchołek Maja Jezerce.
Po krótkim odpoczynku ruszamy w górę. Zaczyna się paskudny, osypujący się piarżysty stok. Doprowadza nas on do wypełnionego śniegiem stromego żlebu, który już z daleka rozpoznaliśmy jako naszą dalszą drogę. Wszystko się zgadza z opisem znalezionym w sieci. To pewnie do tego miejsca doszli wczoraj Serbowie. Śnieg jest za stromy, żeby bez raków nim podchodzić, idziemy więc prawą stroną żlebu.
Teren wymaga "łatwej" wspinaczki po skałach. Hmm, łatwej, gdyby nie ten syf co leci spod nóg po każdym kroku, gdyby nie trzeba było delikatnie macać każdego kamienia którego się łapiemy, czy przypadkiem się nie rusza. Makadamska hora - śmieje się po czesko-serbsku David. Kurwa mać, dokładnie - odpowiadam po ogólnosłowiańsku.

Po tym najparszywszym odcinku robimy sobie postój na szumaka. Wyżej już nie jest tak stromo, ale ciągle wszystko się sypie. Szutrowa góra, jakby nie było.

  Wychodzimy na grzbiet, ostatnie metry są prawie płaskie, skaczemy po głazach. Aż w końcu wyżej już nie ma nic, wszystko jest pod nami, jesteśmy na dachu Gór Przeklętych. Jest dopiero 9.10, szybko nam poszło.
Rozpoznajemy szczyty będące następnymi celami Ivoąa i Davida. Układamy spory kamienny kopczyk. Byczymy się na słoneczku jakieś półtorej godziny, nie chce się wracać, ale kiedyś trzeba.
Jak to zwykle bywa, zejście w kruszyźnie jest gorsze niż podejście. Na tym najbardziej parchatym kawałku trzymamy się razem. Niby jak jeden poleci to prosto na drugiego, ale jak się jest na wyciągnięcie ręki, to można sobie nawzajem jakoś pomóc. Nikt nie leci na nikogo, osiągamy podstawę żlebu, a wkrótce potem przełęcz.
Dalsze zejście to już sam miód. Większość trasy pokonujemy zbiegając polami śnieżnymi, tu gdzie stromiej zjeżdżając na butach. Około południa jesteśmy już w miejscu wczorajszego biwaku.
Wyjmujemy cały bajzel spod kamieni, oddaję chłopakom linę, którą cały czas nosiłem, a z której ani razu nie zrobiliśmy użytku, biorę za to kilkudniową paczkę śmieci, którą zniosę dziś na dół. Cały czas mam też flaszkę Wyborowej, w razie potrzeby ostateczny argument przy spotkaniu służb mundurowych. Schodzimy nad jezioro, nad którym tym razem nikogo nie ma, kąpiemy się. Pstrykam ostatnią fotkę naszego jeziora i gór nad nim.
Akurat mi się skończyła karta, więc ją wyjmuję i na jej miejsce wkładam drugą, częściowo wypełnioną zdjęciami z ostatniego łódzkiego sylwestra. Tą pełną chowam w pudełku z ibuprofenem. Dalsze focenie dopiero w Czarnogórze. Nie będzie dowodu, że byłem w Albanii. Chyba popadam w lekką paranoję.

Zbieramy dziki czosnek, żeby dodać do obiadu. A obiad robimy wypasiony, całkowicie z czeskich zapasów. Moje się już skończyły, nie przewidywałem, że tak długo zabawię w tych górach. Chłopaki planują jeszcze dziś wejść na Maja e Rosit, na granicy Albanii z Czarnogórą. Mówią, że jak się za dużo naćpają obiadem, to im będzie ciężko iść. Wyjaśniam im różnicę między polskim i czeskim znaczeniem ćpania. Wpisują mi adresy do kapownika, obiecuję że niedługo po przyjeździe wypalę im płytki z fotami i wyślę. Komórkę mam zupełnie rozładowaną, mówię że nie wiem czy da radę, ale spróbuję im napisać, jak już będę sączył zimne piwko w Gusinje. Żebyś nie musiał pisać z więzienia - śmieją się. Żegnamy się i ruszam w dół, w kierunku granicy.

Ścieżka między jeziorami doprowadza mnie do opuszczonego bunkra i starego granicznego słupa. Nikogo nie spotykam po drodze. Jestem w Czarnogórze!

Niedługo ścieżka zaczyna schodzić stromym stokiem przez las, po czym się rozgałęzia na mnóstwo zanikających odnóg. Wybieram jedną z nich na oko, ona też zanika, zbiegam na czuja stromym lasem, czasem łapiąc się drzew dla równowagi. Po Słońcu i spadku terenu mniej więcej wiem, gdzie iść. W pewnym momencie nachodzą mnie wątpliwości co do kierunku, więc zbaczam w lewo do dna doliny. Orientacja niby łatwiejsza, ale musze się gramolić po wielkich wapiennych blokach, a pomiędzy nimi złazić między gęste krzaki i pokrzywy, na ogół nie widząc gleby. Według mapy od progu doliny do Zastan powinno być około 300 m różnicy wzniesień, czyli muszę być już blisko, ale w tym tempie może mi to zająć nie wiadomo ile. Po pół godzinie takiego obcowania z przyrodą stwierdzam, że idę jak ostatnia dupa, zamiast spróbować stokiem. Schodzę więc najpierw na lewą stronę w las, potem znowu w prawo, jak teren pozwala. W lesie mimo cienia jest parno. Dlaczego wziąłem tak mało wody, już dawno mi się skończyła. Nagle drzewa się przerzedzają, wychodzę na polanę, na niej widzę kamień z narysowaną czerwoną strzałką w kierunku, z którego przyszedłem, z napisem Maja Jezerce. Strzałka pokazuje niewyraźną ścieżkę, która gdzieś musiała mi umknąć. Ale to przecież nieważne. Jestem na Zastanie.

Znajduję zaznaczone na mapie źródełko, które okazuje się cienką gumową rurką wystającą z małego zabetonowanego ujęcia. Woda z niej ledwo ciurka, napełnienie plastikowego peta zajmuje kilka minut. Wypijam prawie całego od razu, resztę wylewam na głowę, napełniam znowu na zapas. Ściągam totalnie mokrą od potu koszulkę, zmieniam ją na drugą, równie brudną, ale suchą. Gdy idę dalej przez łąkę, prawie spod nóg ucieka mi z sykiem całkiem średnio-spory wężyk. Nie mam pojęcia czy jadowity, ale postanawiam bardziej uważać na kroki w wysokiej trawie. Przechodzę niedaleko wolno stojącego domku, przed nim na ławie pod parasolem siedzi jakaś para. Facet odwraca się w moim kierunku. Zdravo, Poljak! - słyszę. Nasi wczorajsi Serbowie. Widzę po ich minach że się mnie tu nie spodziewali, no tak, mówiłem im, że mam zupełnie inne plany. Tamo je bliže - mówię pokazując w dół, na Ropojanę, jakby to coś wyjaśniało. Pytają, czy weszliśmy na szczyt, czy używaliśmy sprzętu. Krótko opowiadam jak było, nie chcę już przeciągać rozmowy, żegnam się i ruszam bitą drogą w dół do Ropojany.

Od zejścia na dno doliny do Vusajne zostało jeszcze z 5 kilosów, do Gusinja drugie tyle, a ja już trochę mam w nogach i to czuję. Dobrze że wziąłem zapas wody, bo w Ropojanie w tym miejscu nic nie płynie. Jest już wczesny wieczór, słońce niedługo schowa się za wysokim grzbietem. Gdy idę kamienistą drogą, z przeciwka nadjeżdża terenówka z dwoma facetami. Pozdrawiają mnie, pytają skąd jestem i skąd wracam. Oczywiście ściemniam, że z Karanfila, że wszedłem od strony Grbaji i zszedłem na tą stronę. Widząc ich lekko zdziwione twarze mówię że owszem, trudno było ale zszedłem. Z tego co wiem, zejście stamtąd na Ropojanę jest dosyć problematyczne. Gdje druge? - jeden z nich pyta. Kakve druge? - szybko odpowiadam - nie ma nikogo innego, byłem sam! Kombinuję w głowie - przecież są w cywilu, bryka też cywilna, szukają kogoś? Czyżby wiedzieli o Czechach? Telefon od naszego Serba? A może gaździna u której zostawiłem brykę zaniepokoiła się, że długo nie wracamy i rozkręciła akcję? Eee tam, po prostu się dziwią, że się sam wypuściłem w góry, nie świruj idioto - myślę do siebie. Drugi facet coś jeszcze wspomina, że kiedyś był w Polsce, pyta skąd dokładnie jestem. Żegnają się i jadą w swoją stronę.

Kawałek dalej spotykam kilkoro miejscowych idących na spacer, też mnie zagadują i też oczywiście mówię, że schodzę z Karanfila. Dalsze pół godziny marszu i jestem w Vusanje. Ostatnia przeszkoda - policyjna strażnica. Po obu stronach drogi wszędzie zabudowania, gospodarstwa i ogrodzenia, nie widać żadnej rozsądnej drogi obejścia, wąska asfaltowa droga idzie przez wieś obok samej strażnicy. Widzę z daleka, że paru policjantów siedzi na niskiej wieżyczce. W końcu czego się bać, przecież wracam z Karanfila. Spokojnym krokiem przechodzę szosą, patrząc przed siebie. Nikt za mną nie woła. Połówkę dostaną gazdowie w Ahmedmujovići.

Gdzieś w połowie drogi z Vusanje do Gusinje zatrzymuje się za mną samochód. Miejscowy czarnogórski Albańczyk proponuje podwiezienie, zabieram się z nim do Gusinje. Fajnie, w końcu nogi mi coraz bardziej ciążą.

W Gusinje jestem o zmroku. Kupuję trochę żarcia na drogę, zjadam ciasto w kafanie, łażę chwilę po ulicach pełnych ludzi. Przysiadam w jeszcze jednej knajpce, piję Niksićko, potem Nika Golda. Dawno mi browczyk tak dobrze nie smakował. Próbuję włączyć komórkę - nic z tego. Trudno, chłopaki dostaną semsa już z domu. Jest już po dziesiątej, gdy nieśpiesznie ruszam tyłek. Zostały jakieś trzy kilometry szosą. Ludzi i samochodów coraz więcej, nocne życie kwitnie. Jestem już daleko poza miasteczkiem, zatrzymuje się obok mnie wypasiona terenówka, już drugi raz dzisiaj ktoś mi proponuje podrzucenie. Rodzina z Belgradu jedzie na wakacje do schroniska w Grbaji, Ahmedmujovići jest im po drodze.

Skodzinka stoi na podwórku, w domu pali się światło. Otwiera gaździna, jest też chyba jej mąż i córka, zapraszają na kawę. Nie chcę spalać chłopaków, którzy są ciągle w Albanii, mówię im oficjalną wersję, podobnie jak wszystkim spotkanym wcześniej. Z tą różnicą, że oni wiedzą, że nie byłem sam, więc dla nich Czesi zostali pod namiotem w górach gdzieś po czarnogórskiej stronie. Gaździna pokazuje zdjęcia rodziny, większość siedzi w Szwecji i w Stanach. Pytam, czy mogę krótko zadzwonić do Polski, od dawna nie mieli ode mnie wiadomości. Chwilę rozmawiam z Ag, mówię że jak dobrze pójdzie to za 2 dni powinienem dotrzeć. Chcę zapłacić za rozmowę, ale się nie zgadzają. Serdecznie im dziękuję, przed wyjściem wręczam Wyborową.

Dziś już nie ma co za daleko jechać. W Gusinje na ulicach tyle samo ludzi, co przed godziną. Na wylocie z miasteczka zabieram na stopa jakiegoś chłopaka, jedzie do najbliższej wsi. Parę kilosów dalej znajduję placyk przy drodze obok Plavskog jezera. Zjeżdżam, oparcie w tył i myk do śpiwora. Zasypiam przy włączonej muzyce. Najdłuższy dzień dobiegł końca.


11. Zamglone pasmo  

1 sierpnia

Budzę się wcześnie, jak zwykle w ostatnich dniach, tym razem z widokiem na Plavsko jezero. Przede mną długa droga, nie tyle przez samą odległość, co czas przejazdu, dużo gór po drodze. Durmitor, Sarajewo, następny nocleg koniecznie już na Węgrzech. Z pewną taką nieśmiałością myślałem, że jak już tu jestem to podjadę na Čakor od tej strony i wrócę, ale po oszacowaniu czasu sobie odpuszczam. Przynajmniej będzie pretekst, żeby tu wrócić. I tak dziś będę miał parę wysokich przełęczy do przejechania, w tym Sedlo w Durmitorze, jeszcze wyższe od Čakoru.

Zaraz niedaleko po ruszeniu zabieram na stopa starszego faceta, jadącego odebrać emeryturę w Andrijevicy. Fajnie się z nim gawędzi. Pod koniec pyta mnie, czy jestem żonaty. Odpowiadam mu, że prawie. Nie przeszkadza mu to życzyć mi na pożegnanie hiljada žen.

Droga na przełęcz 1573 ku mojemu zaskoczeniu okazuje się asfaltowa, chociaż czasami dziurawa. Spodziewałem się szutru. Wcześniej zapytany miejscowy mi ją odradzał, mówił żeby ją objechać od północy przez Berane. Skąd mógł wiedzieć, jakimi drogami jeździłem jeszcze kilka dni temu.

Na zjeździe podwożę następnego starszego, sympatycznego autostopowicza. Jedzie do najbliższej większej wsi, Mateąeva, kupić gazetę. Opowiada, że w młodości był na wymianie studenckiej w Polsce, całą drogę się rozpływa w zachwytach nad urodą Polek.

W Babljaku tankuję, pozbywając się resztki dinarów po lekko zbójeckim kursie. Dobrze, że w ogóle je przyjęli, zjazd do Serbii nie byłby mi za bardzo po drodze. W Mojkovacu skręcam w legendarny kanion Tary. Widoki rzeczywiście są ładne, ale jak dla mnie daleko im do znanego mi z zeszłego roku kanionu Pivy, którym zresztą niedługo będę jechał.

Po wyjechaniu zza jednego z zakrętów już z daleka ukazuje się słynny most na Tarze.
Po chwili do niego dojeżdżam. Rzeczywiście jest wielki, ale nie robi na mnie aż takiego wrażenia, jakiego się spodziewałem oglądając internetowe strony biur turystycznych. Mimo wszystko warto było tu zajrzeć.
Gdy przechodzę przez most i robię zdjęcia, miejscowy facet pyta mnie, czy potrzebuję noclegu. Za chwilę jakaś laska proponuje rafting na Tarze. Pytam o ceny, biorę wizytówkę, może kiedyś się przyda. Czas jechać do Žabljaka i w Durmitor. Jak przystało na turystyczny rejon, obok mostu machają stopowicze. Zabieram dwóch miejscowych i Czeszkę z plecakiem, wszyscy jadą właśnie do Žabljaka. Po praktykach ostatnich dni nie mam problemów z dogadaniem się osobno z Czeszką i Czarnogórcami, ale wszyscy naraz nie zawsze mnie rozumieją. Podejmuję więc próbę stworzenia słowiańskiego esperanto, zresztą z niezłym skutkiem.

W Žabljaku w informacji turystycznej kupuję mapę Durmitoru. Szkoda, że tym razem nie będzie już czasu z niej skorzystać. Teraz kolej na przejechanie słynnej szutrowej drogi do Trsy przez Sedlo 1908. Okazuje się ona niezłej jakości. W przeciwieństwie do albańskich dróg, nigdzie nie mam obaw o zawieszenie i podwozie, a może jestem już po prostu uodporniony. Prawie cały czas można jechać na dwójce, a często i na trójce. Spotykam całkiem sporo samochodów, w tym niemiecki i węgierski. Warto przejechać ten odcinek dla samych widoków. Przy okazji skodzinka bije swój rekord wysokości nad poziomem morza. W tej formie jaką złapałem, z przełęczy pewnie bym myknął na Bobotov Kuk i z powrotem w 5-6 godzin, akurat żeby zdążyć przed nocą i się kimnąć w samochodzie. Innym razem.
Przed Trsą znowu zaczyna się asfalt, a dalej piękny zjazd serpentynami, z zakrętami czasem schowanymi w ciemnych tunelach, nad Pivsko jezero.
Później znaną mi już drogą kanionem Pivy, przez niezliczone tunele, dojeżdżam do przejścia granicznego Hum/Šćepan Polje.
Zgodnie z zaleceniami mam przygotowaną kartę pobytową z wpisaną naprędce datą opuszczenia kraju. Jednak, tak jak przypuszczałem, nikt się o nią nie pyta. Czarnogórzec macha ręką bez patrzenia w dokumenty, pogranicznik po stronie BiH tylko kuka szybko w paszport i puszcza.

To przejście graniczne ma swój niepowtarzalny klimat, jest położone daleko od wszystkich miejscowości, posterunki mieszczą się w kontenerach, szlaban jest ręcznie podnoszony. Ciągle stoi zionący pustką barak z dumnym napisem DUTY FREE SHOP. I nie mogę uwierzyć, jak ten drewniany most znosi obciążenie autobusów i ciężarówek.
Zaraz za granicą kupuję od przydrożnego handlarza duży słój miodu za 5E. Dalej międzynarodowa droga E762 jest na długich odcinkach szutrowa. Asfalt, jeśli czasem się pojawia, też pozostawia wiele do życzenia. Jechałem tędy w drugą stronę w zeszłym roku, później zimą było duże obsunięcie ziemi. Drogę wyremontowali, ale jej jakość się nie zmieniła. Natomiast dalsza droga z Fočy do Sarajewa nie byłaby warta wspomnienia, gdyby nie poprzeczne progi na remontowanych odcinkach, zmuszające do częstego zwalniania.

W Sarajewie włóczę się trochę po centrum i po starym targu Baąćarąija, kupuję trochę marek w kantorze, zjadam burka w kafanie, zaopatruję się w miejscową muzykę - Tifa, Zabranjeno puąenje, Skroz.
 

Jestem tu już drugi raz i znowu nie ma czasu na dłuższe zwiedzanie. Przejeżdżam obok stadionu Koąevo, przed wyjazdem z miasta tankuję do pełna względnie tanią benzynę i ruszam na północ.

Robi się ciemno. Przed Kladnjem zabieram autostopowicza. Šeki gdzieś tu pracuje na koparce i wraca do domu pod Tuzlę. Ma 35 lat, rocznego synka i bardzo ciężką sytuację. Pracodawca od jakiegoś czasu nie wypłaca pieniędzy, a o inną pracę w okolicy trudno.

Około 9.30 wieczorem w jakiejś wsi za Kladnjem musimy się zatrzymać. Stoi kilka samochodów, przed nimi tłum rozwścieczonych ludzi. W światłach samochodów niewyraźnie widać, że ktoś leży na poboczu, nachylona nad nim płacząca kobieta, naokoło ludzie biegają i krzyczą. Wychodzimy z Šekim z samochodu, ktoś mówi, że dosłownie przed chwilą ciężarówka zabiła chłopca, kierowca uciekł. Za jakieś pół godziny przyjeżdża dwóch policjantów. Kilku miejscowych do nich podbiega, machają rękami, krzyczą obelgi. Policjanci spokojnie odgradzają taśmą jeden pas i całe pobocze. Za nami cały czas rośnie korek samochodów. Nikogo nie przepuszczają, podobno trzeba czekać, aż przyjedzie sudija, czyli koroner, nikt nie wie ile to może potrwać. W międzyczasie z ust do ust rozchodzi się wiadomość, że gdzieś niedaleko złapali sprawcę. Ktoś odsunął ciało dalej na pobocze i przykrył. Tłum się powoli rozchodzi. Parę minut po 11 policjanci nie czekając na przybycie sudiji zaczynają przepuszczać samochody jednym pasem. Wsiadamy i ruszamy.

Šeki wysiada przy rozjeździe z drogą odchodzącą do Tuzli, życzymy sobie nawzajem powodzenia. Staram się nie jechać za szybko, mimo późnej pory co jakiś czas przy drodze stoją patrole, zresztą ciągle mam przed oczami sceny z wypadku. Koło Srebrenika tankuję na stacji OMV, benzyna w dobrej cenie, na szczęście można płacić kartą, bo mam już tylko 100 euro w jednym papierku i żadnych marek. Kilkanaście kilometrów dalej na tablicach miejscowości pojawia się serbska cyrylica, a cena wachy spada o dalszych kilkanaście fenigów za litr. Trochę szkoda, ale i tak nie wiadomo, czy by przyjęli kartę. Jeszcze chwila i z Republiki Serbskiej Bośni i Hercegowiny wjeżdżam do Chorwacji w miasteczku Županja.

Droga jest pusta, ale po ostatnich przykrych doświadczeniach z chorwacką policją w każdym terenie zabudowanym zwalniam do przepisowej prędkości. Te 120 km przez Chorwację zlewa mi się w jedno zamglone pasmo. Oczy mi się zamykają, muzyka gra na maksa, cały czas żuję gumę, co chwila popijam wodę, ostry zimny nawiew prosto w mordę, mijam Vinkovici i Borovo, nie rejestrując ich w świadomości. W Osijeku senność mi trochę mija, ale zaraz potem wraca. Znowu pusta droga, chwila postoju w lesie, jakieś miasteczko, zwolnić, patrol, zamglone pasmo, nie odpłynąć, zaraz Węgry. Udvar, granica, uchylam okno tylko na moment, żeby podać paszport, bo na zewnątrz pełno komarów, zmęczeni pogranicznicy siedzą na ławce i się oganiają. Niedaleko za granicą macha z krzaków czerwona latarka. Rangersi, jak ich nazywam, bo węgierska nazwa policji brzmi jakoś podobnie. Deutsch, English? Nie przekroczyłem, sprawdzają tylko papiery. Mohacs, gra Slager Radio. Kiedy zjeżdżam spać na pierwszej spotkanej stacji benzynowej, tej znanej mi do bólu z poprzednich przejazdów, jest 2.30.


12. Sedime v Beograde... 

2 sierpnia

Wstaję około 8, średnio wyspany. Na śniadanie czarnogórski chleb z ąipakowym dżemem. Wracam tą samą trasą - Szekesfehervar, granica słowacka w Komarnie, w Zlatych Moravcach kupuję parę piwek i czekolad. Odcinek specjalny, w magnetofonie "Perfect Strangers" Deep Purple, jazda na maksa pustą górską drogą. W Osl'anach w przydrożnej hospodzie zatrzymuję się na obiad. Vypraženy syr z szynką i pieczarkami, frytki i sałatka, ogromna porcja jak to u południowych sąsiadów, ale jakaś tłusta i ciężka tym razem. Tankuję w Novakach, cały czas upał, obiad siedzi na żołądku, muszę się na godzinę położyć na rozłożonym siedzeniu, aż mi przejdzie. Tym razem za czeską granicą, zamiast się wlec po wykopkach do Cieszyna, w Jablunkovie skręcam w góry na malutkie przejście Bukovec/Jasnowice. Znudzony polski pogranicznik ze zdziwieniem ogląda albański stempel, wbity w rubryce "Dzieci". Ostatnie góry na trasie, Kubalonka, w Wiśle zaopatruję się w dobre Brackie piwko, u siebie go nie znajdę. W Katowicach przegapiam zjazd, robię dwie rundki honorowe, zawracam na zakazie, w końcu wypływam na czyste wody. Skodzinka raźno pomyka gierkówką, jak koń, co poczuł stajnię. O 22.30 jestem w domu.

* * *

Rano wysyłam semsa do chłopaków, zaraz przychodzi odpowiedź. "Ahoj, vystoupili na oba vrcholy a prosli labyrintem skal - zajimave, ale umorne. Sedime v Beograde, cekame na bus do Cech. Hezkou dovolenou v Chorvatsku!"

© Zawodowiec @ cro.pl/forum