|
|
| © Zawodowiec @ cro.pl/forum | |
Albania, Kosowo, Czarnogóra 2005 - górski wypad. |
|
0. Michal Tamte góry już od dawna za mną chodziły, słyszałem o nich jako o jednym z
nielicznych naprawdę dzikich miejsc w Europie. Od jakiegoś czasu namawiałem na ten
wypad mojego starego górsko-wspinaczkowego kumpla. Szukałem trochę w sieci i
zarejestrowałem się na stronie www.summitpost.org
gdzie znalazłem dużo informacji o Prokletije i Maja Korabit (Golem Korab). Rzuciłem
parę pytań do tych, co tam byli. Odpowiedział mi pewien Czech, Michal, który planował
tam jechać z dwoma znajomymi i szukał więcej towarzystwa. Napisałem mu emila, dał mi
też namiar na Ivoąa i Davida. Mieli w planach dokładnie te rejony, co ja. Michal miał
wcześniej wyskoczyć w góry Bośni i Hercegowiny, a Ivoą, David i ja mieliśmy się z
nim jakoś ustawić gdzieś w Czarnogórze. W międzyczasie się okazało, że mój
łódzki przyjaciel nie może jechać. 1. Droga 22 lipca 22 lipca rano ładuję bety w skodzinkę i ruszam na południe. Zaraz po wyjeździe z
Łodzi zabieram gościa stopem aż do Cieszyna. Jedzie do kumpla, z którym zamierzają
stopować aż do Rumunii i tam się powłóczyć po górach. Dalej krótki odcinek przez
Czechy to nieustanny korek - zapchane miasteczka, roboty drogowe, tracę prawie godzinę.
Z powrotem będzie trzeba jechać przez nowe przejście w Bukovcu. 2. Dein Auto - nicht gut! 23 lipca
|
|
![]() |
W Belgradzie zjeżdżam na kierunek dworca kolejowego, tam miejscowi mnie kierują na pobliski autobusowy. Miasto przypomina polskie klimaty sprzed 20 lat. |
| Wjeżdżam na jakiś prawie pusty placyk za dworcem, zapytany parkingowy
śpiewa 100 DIN, po czym patrzy na moje tablice i mówi, że dla cudzoziemców 200.
Wjeżdżam, wychodzę z samochodu i z uśmiechem wręczam mu stówkę mówiąc, że dla
mówiących po serbsku jest 100. Gostek też się uśmiecha. Dostaję smsa od Czechów,
że ich bus ma 2 godziny opóźnienia i są dopiero w Novim Sadzie. Włóczę się do tego
czasu po okolicach dworca, piję kawę w przydworcowej knajpce, gawędzę chwilę z
właścicielem i w końcu spotykam Ivoąa i Davida. Szybko znajdujemy wspólny język, nie tylko językowo. Górskim doświadczeniem przerastają mnie o głowę, razem lub osobno bywali w Andach, Kanadzie, Alpach, Islandii, Pakistanie, Indiach... |
|
![]() |
Droga na południe Serbii przez Čačak i Kraljevo mija szybko, aż gdzieś w górach stajemy w korku - roboty drogowe. Mają otworzyć drogę o 12. W kraju gdzie wszystko jest "manana" nie wiemy czy to będzie o 12 dziś czy jutro, na szczęście szybko nas puszczają. |
| Na granicy Kosowa trochę czekamy, aż nam wypiszą coś w rodzaju wiz, nie pobierają żadnych opłat. Dalej jedziemy przez Kosovską Mitrovicę, wjeżdżamy na chwilę do stolicy - Priątiny, w mieście wydają się nie obowiązywać żadne przepisy ruchu. | |
|
Robimy parę fotek i dalej na południe. |
![]() |
W kierunku Prizrenu i granicy albańskiej klimaty robią się coraz bardziej bliskowschodnie ... |
![]() |
... a na dwujęzycznych tablicach drogowskazów nazwy serbskie są coraz częściej zamazane farbą. |
| Na granicy kosowsko-albańskiej w Vrbnicy/Morine chcą od nas kosowskiego ubezpieczenia i są zdziwieni, że przy wjeździe do Kosowa nic nam o nim nie powiedzieli. Mówię im, że mam zieloną kartę ważną na całą Federację Serbii i Czarnogóry, a oni na to że Kosowo nie ma z Federacją nic wspólnego i jest pod zarządem ONZ. Po chwili negocjacji decydują się nas puścić bez niego, ale uprzedzają że przy następnym wjeździe do Kosowa i tak będziemy musieli je kupić, bo Kosowo jest poza systemem zielonej karty. Jako właściciel samochodu muszę jeszcze się podpisać na jakichś drukach, ich wypełnienie zajmuje wcześniej celnikowi kilka minut. | |
![]() |
Pierwsze co nas uderza po wjeździe do Albanii, to dużo mniejsze zaludnienie, niż w Kosowie. Droga na razie jest asfaltowa, naokoło piękne górskie widoki. |
| Parę kilometrów za granicą na drodze stoi grupka agresywnie wyglądających nastolatków, jakby coś od nas chcieli. Powoli ale zdecydowanie przejeżdżam, w ostatniej chwili niechętnie się rozchodzą, coś do nas mówiąc. Dojeżdżamy do miasteczka Kukësi, bliskowschodni bałagan i gwar, pytani o drogę miejscowi są przyjaźni. | |
![]() |
Jednak na tej stacji benzynowej jakoś na wszelki wypadek nie mamy ochoty tankować, cokolwiek by to nie znaczyło po albańsku. |
| Jeśli chodzi o dalszą drogę, to mapy Albanii moja (dwusetka) i Davida (czterysetka) się sporo różnią co do rejonu w który jedziemy. Potem się okaże, że najlepiej korzystać z obu jednocześnie, bo informacje się nieźle uzupełniają. Mam jeszcze sześćsetkę, która jednak daje raczej ogólny pogląd, niż szczegółowe informacje. Z opisu znalezionego w sieci wiemy, że do Radomire da się dojechać zwykłym samochodem od południa, ale "twojemu samochodowi ta droga się nie spodoba". Południowy szlak jest zaznaczony na wszystkich naszych mapach. Nam jednak wypada jechać z przeciwnej strony. Nie dysponujemy żadnym opisem północnego dojazdu poza tym, że jest on zaznaczony tylko na jednej z moich map - dwusetce. Figuruje też na mapie Davida. | |
|
W głosowaniu map jest więc wynik 2:1, a więc jedziemy. Gdyby mapa Czechów mówiła co innego... też byśmy pojechali. |
| We wsi Kolesjan kończy się asfalt, a my odbijamy w lewo, stromym szutrem pod górę. | |
|
Spotkani miejscowi z powątpiewaniem patrzą na skodzinkę, jeden znający parę słów po niemiecku odradza dalszą jazdę. Pokazując dalszą drogę, kręci głową i mówi: "mein Auto - gut, dein Auto - nicht gut!". |
| Oni tam jeżdżą ciężarówkami, busami, bogatsi terenowcami, a najczęstsze są stare merce, doskonale sobie radzące na wybojach. Naszym celem jest wioska Radomire, pod samym Maja Korabit, odległa jeszcze o jakieś 30 km drogą o niewiadomej przejezdności. Kilku facetów wsiada do busika i macha, żebyśmy jechali za nimi. Nasz "Niemiec" jeszcze tłumaczy, gdzie skręcać. Ruszamy za busem. | |
![]() |
Bus musi czasem na nas czekać. Przy przejeżdżaniu większych potoczków płynących przez drogę razem wysiadamy, rozkminiamy jedyną możliwą drogę przejazdu, Czesi mnie pilotują, czasem coś chrupnie o chlapacza albo i o podwozie. W pewnym momencie Albańczycy muszą już wracać. W godzinę przejechaliśmy chyba mniej niż 1/3 drogi. Dają ostatnie wskazówki, gdzie jechać. Wręczam załodze busa Żubrówkę. Falemenderit! - dziękujemy. |
| Parę minut później widzimy za nami naszego busa. Puszczamy go naprzód, pilotuje nas jeszcze przez dwa rozstaja, na trzecim kierowca pokazuje ręką w lewo - tam jedźcie! Magia bakszysza. Nasze mapy razem wzięte by tego nie pokazały. Szybko robi się ciemno, makadamski put idzie stromo raz w górę, raz w dół, skodzinka się grzeje na jedynce, wyboje w światłach reflektorów wydają się większe, niż w rzeczywistości. Już zupełnie po ciemku przejeżdżamy most na rzeczce, mapy z zadziwiającą zgodnością mówią, że to wieś Bushtrice, a więc prawie połowa drogi. Zjeżdżam na dogodne dobudowane podwyższenie obok jakiegoś baraku przy drodze. Czesi namawiają, żeby jechać jeszcze kawałek, nie podoba im się to miejsce, ale ja i skodzinka jesteśmy już trochę zrąbani, więc odmawiamy. Robimy jakieś kanapki, gryzą nas meszki, szykujemy się kimać na dachu baraku. Z domku naprzeciwko wychodzi facet, wita się, trochę na migi i mówiąc "lulishte" proponuje nam spanie na trawniku w jego podwórku. Po chwili narady wjeżdżam przez bramę, rozkładamy się na trawie i zasypiamy pod miliardem gwiazd i meszek. | |
3. London calling 24 lipca Już przed 5 rano drogą zaczynają kursować busy rozwożące ludzi między wsiami i do Kukësi. Wielu przejeżdżających wpada na chwilę do naszego gazdy, wszyscy na nas patrzą z zaciekawieniem. Podchodzi młody facet i zagaduje doskonałym angielskim, pracował kilka lat w Londynie. Gapi się z wywalonymi gałami na skodzinkę. To nie na nasze drogi - mówi. Mieszka w pobliskiej wiosce Veshi Veshi, której nawet nie ma na naszych mapach. Tłumaczy, że jej nazwa dosłownie znaczy "Wieś Wieś". Zaczyna padać deszcz. Przed wyjazdem robimy śniadanie, kupujemy u gazdy kilka albańskich browców, dajemy mu parę paczek fajek, serdecznie dziękujemy. Żegnamy się za pomocą rozmówek albańskich Ivoąa i Davida i ruszamy dalej w kierunku Radomire. Pada coraz mocniej. Na szczęście droga przechodzi w kategorię "szybkiego ruchu", tzn. czasem daje się na dłuższych odcinkach wrzucić dwójkę. Około 10 jesteśmy w Radomire - wiosce na końcu świata. |
|
|
Pierwsze złażą się dzieci, które zaglądają w każdy kąt samochodu, potem kilku mężczyzn w różnym wieku. Co ciekawe, kobiety i dziewczynki się w ogóle nie pokazują. Po pół godzinie przestaje padać. Znowu okazuje się, że jeden chłopak jeździ regularnie pracować do Londynu, miał dziewczynę z Polski, umie parę słów po polsku. Wszystkie są jednak niecenzuralne, a więc niezbyt przydatne w tej sytuacji - pozostaje się dogadać po angielsku. Robi za tłumacza, gdy jeden ze starszyzny pokazuje nam gdzie zostawić samochód, żeby był trochę bezpieczniejszy od ciekawskich dzieci. Znowu nasze dyżurne paczki fajek idą w ruch. |
|
Czesi wybierają górskie mapy do zabrania. Ktoś im załatwił topograficzne rosyjskie i jugosłowiańskie wojskowe mapki z lat 80-tych, obejmujące wszystkie rejony, w które się udajemy - prawdziwy skarb. Pakujemy wory i ruszamy na Korab. Najpierw idziemy ścieżką przez pola, mija nas starszy wieśniak na osiołku, pozdrawiamy się nawzajem. Widzimy też pojedyncze kobiety pracujące w polu albo przechodzące drogą, wszystkie mają chusty na głowach, prawie albo wcale nie odpowiadają na pozdrowienia. |
|
Nasz "Anglik" z Veshi Veshi wspominał, że Radomire to bardzo tradycyjnie muzułmańska wieś. Gdy podchodzimy stromo do góry, robi się zupełna lampa. Wychodzimy do długiej, szerokiej doliny Fusha Korabit, będącej wielkim pastwiskiem. |
![]() |
Spotykamy chodzące swobodnie stada koni. Obszczekują nas pasterskie psy, a potem podchodzi do nas trzech chłopaczków pasących owce. Znają trochę angielski ze szkoły. Mówią, że byli na szczycie Koraba. Towarzyszą nam aż na próg kotliny Panair, stanowiącej wyższe piętro doliny. Oprócz większej fauny, dolina jest również pełna mniejszych jej przedstawicieli. |
![]() |
Ivoą, botanik z zamiłowania, nachyla się nad każdą ciekawszą roślinką i zapisuje nazwy i miejsca występowania w kapowniku. Z progu schodzimy do Panair. |
![]() |
Po przejściu płaskim dnem krasowej kotliny zostawiamy to co niepotrzebne pod głazem i ruszamy w górę. Na podejściu zaczyna ze mnie wyłazić ostatnich parę miesięcy roboty, kiedy nie mogłem nawet pomarzyć o przejechaniu się rowerem, czy przebieżce po górach. Idę w ślimaczym tempie, spory kawałek za Czechami. |
![]() |
O 18.30 wchodzimy na szczyt z albańsko-macedońskim granicznym słupkiem. Wokół ani śladu macedońskich żołnierzy, przed którymi nas ostrzegano. Widoki takie sobie, jest sporo chmur, które czasem się rozchodzą. Czesi wyciągają małą flaszkę domowej śliwowicy. Wypijamy po łyku i wspominamy Michala, pomysłodawcę wyprawy, którego nie było mi dane poznać. Wiemy, że jest tu z nami. |
![]() |
Jak chmury się rozwiewają, to widzimy dolinę, z której przyszliśmy... |
![]() |
...i okoliczne góry, wszystkie poniżej nas. |
![]() |
Widzimy też niezaznaczony na naszych mapach drugi wierzchołek, położony całkowicie w Albanii. Wydaje się on tej samej wysokości, co główny. Jest w zasięgu ręki. Chłopaki zaczynają coś przebąkiwać, żeby na niego wejść i schodzić do Panair prosto z przełęczy pomiędzy wierzchołkami. Nie wyrażam specjalnie entuzjazmu, bo ciągle jestem zryty. Tak czy inaczej schodzimy na przełęcz, mówię że tu na nich poczekam, a oni idą w górę. |
![]() |
Po paru minutach jednak zbieram siły i po skałach ruszam za nimi. Normalnie by było łatwo, ale nie dziś. O 19.30 gramolę się na górę, gdzie już na mnie czekają. Dzięki chmurom i zachodzącemu słońcu główny wierzchołek, na którym byliśmy wcześniej, ukazał się nam w ciekawej oprawie. |
| Na zejściu dopada mnie totalny kryzys. David szybko zbiega po sypiącym
się piargu, Ivoą cierpliwie dostosowuje się do mojego ślimaczego tempa, końcówkę
zejścia do Panair robimy już w świetle czołówek. David już czeka na dole z całym
szpejem, który w międzyczasie wyjął z naszej nory. Stawiamy namiot i gotujemy
kolację. Łykamy jeszcze po trochu śliwki na dobranoc. Dziękuję Ivoąowi za
cierpliwość. Chłopaki mnie zapewniają, że jeszcze jeden dzień w górach i kondycha
mi się poprawi 4. Sempre sinistra 25 lipca
|
|
![]() |
Rano nas budzi piękny słoneczny dzień. Sprzed namiotu widać "albański" wierzchołek, na którym byliśmy (po lewej) i jeszcze jeden, trochę niższy, środkowy. |
|
Żeby pstryknąć szersze panoramki, odchodzę dalej od naszego obozu, aż zobaczę
nasze oba wczorajsze szczyty. Z prawej strony widać też ten środkowy, na którym nie
byliśmy. Dobrze widać też ciemniejszą dolinkę, wzdłuż której wczoraj po ciemku
wracaliśmy. |
![]() |
Gdy zwijamy obóz, podchodzi do nas pasterz, a chwilę potem drugi. Jedyną nicią
porozumienia są nazwy naszych krajów i uśmiech. Częstują nas chlebem, czymś w
rodzaju żętycy i papryką marynowaną w kwaśnym mleku, całkiem smaczną zresztą.
Żętycy boimy się więcej pić, nie wiemy jak nasze nieprzyzwyczajone żołądki mogą
zareagować, ale po parę łyków próbujemy dla dobra stosunków międzynarodowych. W
rewanżu dajemy im czeski chleb i trochę papierosów. |
![]() |
W końcu przychodzi czas się pożegnać. Pakujemy wory i ruszamy z powrotem naszą
wczorajsza drogą. Ivoą ciągle wyżywa się botanicznie, notując nazwy wszystkich
spotkanych roślinek. |
![]() |
Dzięki ładniejszej pogodzie mamy lepszy widok na wszystkie trzy wierzchołki Koraba.
Te dwa najwyższe, które wczoraj zaliczyliśmy, to lewy i środkowy. |
![]() |
Po drodze zwracamy uwagę na roślinę, której korzeń napotkani miejscowi zbierają
jako afrodyzjak. Według Ivoąa jej czeska nazwa to vstavač. Po naszemu to pewnie jakiś
storczyk. |
![]() |
W coraz większym upale, z przerwą na posiłek, krótko po południu schodzimy do Radomire. Skodzinka stoi na swoim miejscu. Dopiero po dłuższej chwili zauważam artystyczną twórczość na masce, wykonaną zapewne przez jakiegoś miejscowego dzieciaka, mimo zapewnień starszyzny o całkowitym bezpieczeństwie. Przechodzący wieśniak rozkłada bezradnie ręce, jakby chciał powiedzieć - to nie ja i nie moje dziecko. Klnę pod nosem, ale po chwili myślę, że najważniejsze że możemy jechać dalej. Jak wyjeżdżam na główny plac wioski żeby się przepakować, dzieciaki nas znowu oblepiają ze wszystkich stron. |
| W pełnym blasku słońca wbijamy się w górską drogę, którą w tamtą stronę przejechaliśmy w większości po ciemku. Wesoło się nastawiam na pokonywanie znanego już i oswojonego odcinka specjalnego i radosne strzelanie fotek. | |
![]() |
|
| Wjeżdzamy na przełęcz i odwracamy się ostatni raz. Do zobaczenia, Korabie, dzięki za wszystko! | |
![]() |
Jedziemy dalej. Życie w wioskach toczy się leniwym tempem, my też się dostrajamy
do tej atmosfery. Jak kierowca osiołka w końcu wymieni wiadomości dnia z jeźdźcem merca, to można ruszyć dalej. |
![]() |
|
![]() |
Na jednym z długich podjazdów na jedynce temperatura w chłodnicy się
niebezpiecznie zbliża do 110 stopni, więc dajemy skodzince chwilę odsapnąć. |
![]() |
Dzięki temu możemy się dokładniej przyjrzeć drodze do wsi Wieś Wieś, gdzie mieszka nasz "Anglik", i temu co nad nią wisi. Po obejrzeniu przez lornetkę okazuje się, że nie jest to gigantyczna chłodziarko-zamrażarka, lecz zwykły blok skalny, obdarzony wyjątkowo regularnymi kształtami. Blok ten w swoim czasie zapewne osłabi regularność kursowania busów Trans Alpin do Veshi Veshi i z powrotem. |
![]() |
Przez potoczek, który w tamtą stronę pokonywaliśmy w asyście licznej załogi
miejscowych, tym razem pilotują mnie sami Czesi, wykonując dokumentację fotograficzną.
Szutr się wreszcie kończy, asfaltem docieramy do Kolesjan, gdzie miejscowy szewc skleja buta Davida, rozwalonego na zejściu z Koraba. Nie będzie go już musiał wiązać moim sznurkiem. |
| Na granicy albańsko-kosowskiej nie ma przebacz, zgodnie z przewidywaniami
musimy wysupłać 25 euraków na kosowskie ubezpieczenie. Dodatkowo musimy zapłacić 4
euro "autobahn tax", o czym poinformował nas celnik władający zapewne
niemieckim i angielskim. Widocznie zauważył, że nasz samochód nie wykazuje większych
oznak zniszczenia - tak więc poruszaliśmy się drogami wyższej kategorii i podatek
autostradowy nas obowiązuje. Opuszczamy ten kraj przyjaznych ludzi i pięknych gór,
planując za kilka dni do niego wrócić. Tyle, że trochę mniej legalnie. Naszym następnym celem jest Đeravica we wschodniej części Prokletije. Jedziemy przez Prizren i Đakovicę do Dečani, przed wejściem na Đeravicę chcemy zwiedzić prawosławny klasztor Visoki Dečani. Według naszych map jest on po drodze do wioski o dwóch nazwach, Kožnjar/Belaje, naszej bazy wypadowej w góry. Do miasteczka Dečani dojeżdżamy już po ciemku, zapytany miejscowy pewnie pokazuje nam drogę. Wyjeżdżamy z miasteczka i serpentynami w górę, asfalt się kończy, widzimy jakieś wojskowe zabudowania, zero ludzi, obszczekuje nas tylko sfora psów. Jedziemy dalej szutrem, na rozstaju na czuja w prawo, jeszcze raz w prawo, tam gdzie widać jakieś zabudowania, może będzie kogo spytać. Brama pilnowana przez włoskich żołnierzy, na pytanie o klasztor i Kožnjar coś odpowiadają, rozumiem tylko "sempre sinistra", cały czas w lewo. Czyli dokładnie tam, skąd przyjechaliśmy. Nie ma wyjścia, wracamy do Dečani pytać dalej. Dogadujemy się łamanym serbskim, co pewnie wychodzi nam na korzyść. Jakbyśmy mówili za dobrze, to nie wiem czy by nas tak przyjaźnie traktowali. Informacje pytanych tubylców są sprzeczne, poza tym że trzeba jechać przez włoski posterunek. Jeden starszy facet odradza zostawienie samochodu w Kožnjar, mówię mu że w razie czego damy miejscowym bakszysza żeby popilnowali. Wychodzi, że trzeba jechać drogą w prawo, którą na początku od razu odrzuciliśmy ze względu na stojący jak byk znak zakazu wjazdu. Czyli, patrząc z tamtej strony, faktycznie sempre sinistra. Krótki kawałek mocno dziurawym asfaltem i znowu posterunek wojskowy, tym razem dużo mocniej ufortyfikowany. Pilnujący Włoch mówi, że teraz na noc droga zamknięta, z tego co rozumiemy to jakoś można objechać naokoło, tak jak próbowaliśmy na początku. Nie wiemy, czy dobrze rozumiemy i czy nasz dzielny wojak w ogóle jest dobrze poinformowany. To chyba nawet nasi żołnierze przed misją ONZ przechodzą jakiś podstawowy kurs angielskiego. Włosi natomiast są przekonani, że z resztą świata się dogadają po włosku, z niewielką pomocą rąk i nóg. Wracamy tak, jak na początku, znowu nas obszczekują te same psy, dalej zamiast skręcić w prawo na ten wcześniej napotkany włoski posterunek, jedziemy prosto coraz gorszym szutrem. Dochodzi północ, wiemy, że już dziś nie dotrzemy do Kožnjar, trzeba by gdzieś przykomarować. Jakieś rozszerzenie drogi, jakieś ogrodzone ujęcie wody czy coś. Żaden pies za nami nie przyszedł. Miejscówka wydaje się spokojna. Ładny widok z góry na światła Dečani. Polskie kiełbaski z serem na kolację i zasypiamy pod ąirákem, jak mówią Czesi, czyli pod gwiazdami. 5. Zagubiona ścieżka 26 lipca |
|
![]() |
|
| Żeby wejść do środka, musimy się przebrać w długie spodnie. Ogromna ilość średniowiecznych malowideł robi wrażenie. Trafiamy na ekipę robiącą dokumentację fotograficzną, pod przewodnictwem serbsko-amerykańskiego małżeństwa. Pracują dla organizacji zajmującej się zachowaniem serbskich zabytków i dziedzictwa kulturalnego w Kosowie. Zdjęcia mają być umieszczone na stronie http://serbianunity.net/blago/2005/. Amerykanka nam opowiada o wojennych losach klasztoru, który dla prawosławnych Serbów jest czymś w rodzaju naszej Częstochowy. Większość okolicznej serbskiej ludności musiała opuścić swoje domy z powodu prześladowań etnicznych. Nie wiadomo, jaki byłby los klasztoru, gdyby nie chroniący go z ramienia sił międzynarodowych włoscy żołnierze. W jugosłowiańskich konfliktach nie ma prostych prawd ani łatwych podziałów na dobrych i złych. Miloąević i jego banda byli tyle samo warci, co przywódcy albańskich ekstremistów, a najwięcej cierpieli zwykli ludzie wszystkich narodowości. | |
* * * |
|
| Dobra szutrowa droga prowadzi nas w górę potoku w kierunku odległego o
kilkanaście kilometrów Kožnjar/Belaje. Wypatrujemy dobre miejsce nad potokiem. Z
przyjemnością włazimy do chłodnej wody i zmywamy z siebie syf i brud ostatnich dni.
Suszymy się na słońcu. Zupełnie jak w Chorwacji nad Jadranem. Przed trzecią po południu jesteśmy w Kožnjar. Wszystko, co widzimy w wiosce, to dom z warsztatem stolarskim przy głównej drodze. Przy nim kilku facetów, wszyscy mówią po serbsku, ale chyba niektórzy to Albańczycy. Chwilę z nimi gawędzimy, dajemy parę paczek fajek i prosimy żeby rzucili okiem na samochód. Jeden wspomina coś o minach w górach. Obiecujemy sobie trzymać się dróg. Łatwo powiedzieć. |
|
![]() |
Idziemy dalej przedłużeniem naszej drogi, teoretycznie jeszcze sporo by się dało
podjechać, tylko skodzinka by została bez opieki. Dochodzimy do dosyć głębokiego
brodu, przejezdnego chyba tylko dla traktorów, może ciężarówek. Stoi tam jakaś
furgonetka, zostawiona, bo dalej by nie wjechała. Jest też mostkek w budowie, który
przechodzimy po balach. |
| Jeszcze dwie godziny marszu rozjeżdżoną leśną drogą i jesteśmy na dużej łące zwanej Rupa (Dziura), gdzie według starego czeskiego przewodnika powinniśmy odbić ścieżką w lewo. Przewodnik pamięta czasy Jugosławii, opisana ścieżka widać nie pamięta, że kiedyś istniała. Po chwili poszukiwania idziemy na czuja w górę w las, terenem rozjeżdżonym przez drwali. Coś na kształt ścieżki zaczyna się stromo piąć zboczem, ku naszej radości odnajdujemy wyblakły czerwony znak szlaku turystycznego na drzewie. Bardzo stroma ścieżka czasem jest wyraźniejsza, czasem zupełnie zanika, idziemy po znakach. Las się kończy, wychodzimy w piętro hal. | |
![]() |
|
| Według przewodnika powinniśmy dojść do dużego schroniska. Albo
idziemy jakąś inną drogą, albo wszystko co z niego zostało to resztki niskich murków
i osiedle pasterskich szałasów. Nie schodzimy tam, droga wypada bardziej w lewo. Idziemy
jeszcze trochę w górę i przed zmrokiem rozbijamy namiot. 6. Planinari 27 lipca |
|
![]() |
|
| Mimo wczesnej pory słońce ostro grzeje, a muchy są wyjątkowo
upierdliwe. |
|
![]() |
|
![]() |
Ostatnie strome podejście i już o 8.30 rano jesteśmy na najwyższym szczycie
Kosowa. Siedzimy na szczycie chyba z półtorej godziny. Wreszcie łapię zasięg żeby
wysłać semsa do Ag. |
![]() |
Wokół góry, góry i góry... daleko widać też zachodnie Prokletije, nasz
następny cel... ...i jeszcze więcej gór wszędzie naokoło. |
|
Znajduję kilka łusek po nabojach. Wala się też parę kapsli po piwie. Może ktoś sobie zrobił balangę ze strzelaniem na wiwat. Na jednym z głazów napis sprayem - UCK (Armia Wyzwolenia Kosowa). |
![]() |
Dobrze się nam siedzi na górze, ale zejść w końcu kiedyś trzeba. Złazimy na drugą stronę, w końcu dołączając do naszego szlaku podejścia. |
![]() |
Kapownik Ivoąa jest ciągle w ruchu. Niebieskie dzwoneczki rozpoznaje bez wahania
jako hořec. ...a nazwy pozostałych chyba tylko on pamięta... |
![]() |
|
![]() |
...no może z wyjątkiem jednego. |
![]() |
W Kosowie "czarna owca" nie jest chyba aż tak negatywnym określeniem. |
| Z daleka widzimy traktor, powoli rzęzi pod górę naszą dalszą drogą
zejściową. Jak on tam wjechał? Musi być jakiś łagodniejszy objazd, przecież nie
podjechał naszym szlakiem. Czesi wyciągają lornetkę, widać doczepione z tyłu
wiszące siedzenie, na którym zasiadają dwie kobiety. Ooooo, babosed - słyszę od
Ivoąa. Uśmiecham się do siebie, podziwiając prostotę i pomysłowość ich języka. Od jakiegoś czasu na horyzoncie zbierają się chmury i grzmi. Szybko zbiegamy naszą ścieżką przez las. Już jesteśmy na drodze w dolinie, gdy przychodzi krótki, odświeżający deszcz. Przed 3 po południu, dokładnie 24 godziny od wyruszenia stamtąd, jesteśmy w Kožnjar. Skodzinka na nas czeka, znowu ucinamy pogawędkę z gospodarzami warsztatu. Ruszamy szutrową drogą w dół potoku, po drodze nie zapominając o kąpieli. |
|
* * * |
|
| Planujemy się dostać do Czarnogóry najkrótszą trasą, przez przełęcz 1849 i wieś Čakor, podobno piękną widokową drogą. Jeden z mieszkańców Kožnjar wspominał wprawdzie o kiepskiej jakości szutrze, ale po albańskich przejściach tylko się uśmiechnąłem na jego ostrzeżenia. | |
![]() |
Na rogatkach Peć drogowskaz na Čakor, posterunek KFOR, droga dnem wąwozu. Asfalt
najwyraźniej niedawno położony, chociaż wyrwy się zdarzają. W Kućiąte koniec tej przyjemności, drogowskaz na Čakor kieruje w makadamski put. Zabudowania się kończą, w lewo odchodzi droga z drogowskazem na jakąś restaurację, my jedziemy prosto coraz bardziej zapuszczoną trasą, wcale nie mając pewności, czy tak trzeba. Coraz częściej muszę wrzucać jedynkę, chociaż jest prawie płasko. Myślę, co będzie dalej, jak będzie podjazd na ponad 1800 m. |
| Nagle drogę zagradza położony w poprzek lekki kawałek pniaka. Co za
cholerstwo? Niewiele myśląc, odwalamy go na bok i hajmo raja! Za chwilę tablica -
"znajdujecie się na terytorium Czarnogóry, pojazdy KFOR muszą tu zawrócić".
Ale przecież my nie jesteśmy KFOR, nikt nas nie zwerbował po drodze. Naprzód! Jeśli
jazda 5 km/h na jedynce może oznaczać "naprzód". Naszym oczom ukazuje się wielki stos pniaków i gałęzi na całej szerokości drogi. I nie jest to wiatrołom, zwalili to celowo. Tym razem oczyszczenie przejazdu zajęłoby trochę dłużej. Widocznie ktoś zaliczył nas do KFOR-u. |
|
![]() |
Jedno, co mogliśmy przeoczyć, to droga "do restauracji". Wracamy, na rozjeździe spotykamy samochód, kierowca na pytanie, czy tamtędy na Čakor, odpowiada twierdząco. Szeroka, znakomita szutrowa droga pnie się serpentynami, nachylenie jak nic 20% jakby potwierdzało, że nas doprowadzi na 1849 m. Po dłuższej jeździe w końcu ąkodovka się grzeje, trzeba jej dać odsapnąć, na przełęcz jeszcze spory kawał. |
![]() |
Ruszamy. Za zakrętem restauracja, parking i... koniec drogi. Knajpiarz tłumaczy, że droga na Čakor szła dołem, ale parę lat temu została zamknięta przez wojska KFOR. Myślę, że minie następnych parę lat, to i jakąś tablicę informacyjną też postawią. Albo i drogę prędzej z powrotem otworzą. |
| Między wąwozem a Peć można by zobaczyć klasztor Patrijarąija. To
dlatego tam jest posterunek, z tych samych przyczyn co w Visoki Dečani. Pytamy
żołnierza, czy można zwiedzić. Sprawdza nam paszporty, pyta nas o wyznanie, czy nie
jesteśmy przypadkiem muzułmanami. Dwaj jasnowłosi Czesi najwyraźniej na nich
wyglądają, Polak z trochę ciemniejszymi włosami tym bardziej. Dzwoni do klasztoru,
dowiaduje się, że zwiedzanie tylko do piątej po południu (jest już po siódmej),
zaprasza jutro. Niestety nie mamy tyle czasu. Pozostaje jechać do Czarnogóry przez przełęcz 1710, Rožaje i Berane. Długi podjazd, lecz bez żadnych ekstrem, świetna droga. Przed samą przełęczą przejście graniczne, posterunek kosowski. Ze 2 km dalej, za najwyższym punktem, czarnogórski. Wychodzi do nas wesoły pogranicznik o posturze niedźwiedzia. Pyta nas, skąd i dokąd jedziemy. Z Koraba, Đeravicy... Ooo, planinari - wpada mi w słowo - isto sam planinar, volim svih planinarov! A sada Durmitor, kroz Gusinje - rzucam mu naszą oficjalną czarnogórską legendę. Gusinje? - wesoło ciągnie celnik. Człowieku, nie wnikaj w to Gusinje, przecież powiedziałem Durmitor - myślę sobie. Prokletije? Maja Karanfil? Znam je sve! Fajny człowiek, no dobra, do Karanfila można mu się przyznać. Na koniec wręcza nam kartę pobytową, jedną na wszystkich, żeby ją oddać przy wyjeździe. Co jest? Byłem już w Czarnogórze i nie było takiego zwyczaju. Mówię mu, że pewnie nie będziemy razem wracać, koledzy zostaną dłużej, niech im wypisze oddzielnie. On na to, żebyśmy poszli na posterunek w Gusinje albo gdziekolwiek, to nam wypiszą bez problemu, wyraźnie już mu się nie chce. Hmm, policję w Gusinje to będziemy omijać szerokim łukiem. Jedziemy, zostawiając sympatycznego pogranicznika w nieświadomości naszego prawdziwego celu. Parę kilosów dalej znajdujemy dobry zjazd do lasu i walimy się spać pod ąirákem. 7. Pożegnalna kolacja 28 lipca |
|
![]() |
|
| Przy ujęciu wody uzupełniamy jej zapas. Droga się kończy, szukamy ścieżki, co nas wyprowadzi na naszą przełęcz. Po pierwszej próbie, po kilkunastu minutach darcia przez krzaki stwierdzamy, że to chyba nie to. Druga próba i napotykamy wyblakłe czerwone znaki na drzewach. Drogowskazu nie było, ścieżka też zarastająca, znaczy oficjalnego szlaku nie ma, ale według wojskowej jugosłowiańskiej mapy kierunek się zgadza. A więc zaczynamy dymać ostro pod górę. | |
![]() |
Gdy wychodzimy ponad las, zaczyna trochę padać. Przeczekujemy pod drzewkiem. Znajdujemy zaznaczone na mapie źródło. Całe szczęście, że mogę uzupełnić wodę, na podejściu wyżłopałem chyba ze 2 litry. Nie mam już problemu z wytrzymaniem tempa Czechów, parę dni w górach zrobiło swoje, ale człowiek nie wielbłąd, pić musi. Chmury się rozchodzą, mamy świetny widok na Grbaję i naszą drogę podejścia. Przez lornetkę widać nawet chałupę, przy której stoi skodzinka. |
| Przychodzi druga fala deszczu, równie nagle jak pierwsza, ale jeszcze gwałtowniejsza. Tym razem nie ma się gdzie schować. Zanim się okutamy w goreteksy, już jesteśmy mokrzy. Na szczęście jeszcze parę minut i jesteśmy na przełęczy, z ulgą zrzucamy wory i rozbijamy namiot. Zachodzące słońce oświetla góry. | |
![]() |
|
| Topimy wodę z pola śnieżnego i gotujemy kolację z kilku dań. Wypijamy
specjalnie wyniesione na górę albańskie piwko. Jaramy nawet po fajeczce, chociaż
żaden z nas normalnie nie pali. Albański szewc, który skleił Davidowego buta, dał nam
trzy z paczki, którą dostał od nas, więc trzeba z nich zrobić pożytek. Być może
już jutro wejdziemy na Maja Jezerce i przyjdzie czas się rozstać, więc musi to być
oslavna večeře. Skąd możemy wiedzieć, ile jeszcze będzie tych pożegnalnych kolacji. 8. Tři sedélka 29 lipca |
|
![]() |
Według wojskowej mapy spaliśmy już na albańskiej granicy. No to się udało
wejść, nikt nas nie niepokoił. Teraz trzeba się jeszcze dostać na Jezersky vrh, jak
mówią Czesi. Michal kiedyś tu był, zrobił jednodniowy rozpoznawczy wypad na lekko z
Grbaji w tamtym kierunku. David i Ivoą słyszeli od niego o jakiejś możliwej drodze
przez trzy przełęcze. To wszystko, co wiemy. Wschodzące słońce oświetla ścianę nad miejscem biwaku. Zwijamy się, pora iść na poszukiwanie trzech przełęczy. |
| Schodzimy w polodowcowy kocioł, przez chwilę szukamy najlepszej drogi
przejścia. Zostawiamy wory na dole dużego śnieżnego pola. Nad nami dwie przełęcze.
Jeśli z tej po lewej by się dało zejść na drugą stronę, prawdopodobnie bylibyśmy w
albańskiej części doliny Ropojana, skąd droga już krótka. Prawdopodobnie, bo na
mapie, chociaż dokładnej, w skalnym terenie nie widać poziomic i trudno się rozeznać.
Podchodzimy na tą lewą przełęcz i widzimy, że zejście nie rokuje większych szans.
Zbiegamy z powrotem polem śnieżnym, często zjeżdżając na butach. Wory na garb, droga
niestety będzie dłuższa. Wychodzimy na tą prawą przełęcz, patrzymy w dolinę po
drugiej stronie i na okoliczne szczyty i już trochę lepiej się orientujemy gdzie
jesteśmy. Planujemy dalszą drogę, chyba po drugiej stronie następnej grani będzie
już upragniona Ropojana. Zejście do doliny jest parszywe, stromy piarg sypie się spod nóg, w jednym miejscu przyglebiam, zdzierając lekko skórę na ręce i nodze. Jeszcze kawałek trawersujemy polem śnieżnym i wychodzimy na następną przełęcz. Drugą z trzech Michalowych? Słońce cały czas niemiłosiernie jebie, do spółki z worem na plecach. Na przełęczy zrzucam plecak i walę się w cień pod skałą. |
|
![]() |
Rzut oka w dolinę poniżej i na mapę mocno weryfikują nasz pogląd na to, gdzie
jesteśmy. Jaka Ropojana? Musimy być w masywie Maja Ladojvet, to co widzimy to może być
tylko ten wielki kocioł o płaskim dnie, doskonale widoczny na mapie. Rypiące słońce i
brak wody nasuwa mi wisielcze skojarzenie - Dolina Śmierci. Rozpuszczamy w wodzie szumaka
o owocowym smaku, popijamy nim suszone owoce i orzeszki. Trzeba się napić na zapas. |
![]() |
Zejście jest jeszcze paskudniejsze i dużo dłuższe niż poprzednie, w dodatku coś jakby niehalo z moim lewym kolanem, boli przy obciążaniu. Długi trawers zboczem, jak dobrze, że nie musimy schodzić na sam dół i jeszcze bardziej tracić wysokości. Rypanie na następną przełęcz, trochę drapania się po skałach, już zupełnie na pilocie automatycznym. To już ta trzecia. Tym razem już wiemy na pewno, że po drugiej stronie czeka Ropojana. Wychodzimy na górę, wreszcie odsłania się Maja Jezerce. Słońce jeszcze wysoko, myślę sobie, że jeszcze dziś zejdziemy w dół, ale chłopakom już się nie chce. Zabieramy się do pichcenia. |
![]() |
Przygląda się nam młody albański pasterz, który podszedł za nami z Doliny Śmierci. Odmawia spróbowania zupy z torebki. Przypuszczamy, że jako muzułmanin może się bać, czy nie ma tam wieprzowiny. Chętnie natomiast częstuje się czekoladą. Po dłuższej chwili schodzi z powrotem w dół. |
| Czechom przychodzi pomysł wejścia na szczyt nad naszą przełęczą i znalezienia na wierzchołku miejsca do spania. Czemu nie? Bierzemy bety i wyłazimy na górę. Na płaskim przedwierzchołku będzie aż nadto miejsca na nocleg. Obudowujemy nasze orle gniazdo niskim murkiem z kamieni dla ochrony od wiatru, w środku rozkładamy karimaty i śpiwory. Słońce oświetla jeszcze szczyt Maja Jezerce. | |
![]() |
|
| Wychodzimy jeszcze na chwilę granią na pobliski wierzchołek.
Zachodzące słońce oświetla Dolinę Śmierci. W końcu nadchodzi czas, by wrócić do
orlego gniazda. Już leżąc w śpiworach, pijemy po łyku śliwki. Za Michala, który nam wskazał drogę przez trzy przełęcze. |
|
9. Rasim 30 lipca |
|
![]() |
Jakiś instynkt każe mi się obudzić i sięgnąć do wora po aparat. Na zegarku 5.50. Zdążyłem. |
|
Świat od razu przybiera nowe barwy. |
![]() |
Dolina Śmierci i góry położone za nią też wyglądają zupełnie inaczej... |
![]() |
... a po przeciwnej stronie horyzontu Maja Jezerce wydaje się bliżej niż kiedykolwiek. Dzisiaj? |
| Po zwykłych porannych rytuałach, prosto z grani schodzimy w dół.
Miałem nadzieję, że po nocnym odpoczynku z kolanem będzie lepiej. Nadzieja matką
głupich. Staram się za bardzo nie zostawać w tyle i nie opóźniać chłopakom
zejścia. Jak zwykle paskudnego zresztą, stromego, po sypiącym się rzęchu. Czasem dla
odmiany trafi się pole śnieżne albo trochę skałek. Jesteśmy już blisko dna doliny. Zagroda, owce, kozy, konik, osioł, ujada pies. Walimy się w cień pod wielkim głazem i pijemy szumaka. |
|
![]() |
Podchodzi do nas pasterz. Albańczyk, ale dobrze mówi po serbsku. Przedstawia się, ma na imię Rasim. Zaprasza nas do szałasu, częstuje rakiją. Gżur! - na zdrowie! Pijemy po lufce, proponuje więcej ale grzecznie odmawiamy, w końcu czeka nas dziś jeszcze daleka droga pod górę w słońcu. Pijemy za to mnóstwo zimnej wody i świeżego mleka i chętnie się częstujemy białym serem. Rasim opowiada, jak chodzi pieszo albo jeździ na osiołku 3 godziny do najbliższej wioski, przesiada się na samochód i po następnych 4 godzinach sprzedaje ser i mleko w najbliższym miasteczku. Jego córka mieszka w Stanach. Uczymy się kilku albańskich słów, dokładamy sobie jeszcze więcej znakomitego sera. Opowiadamy trochę o naszych krajach. W końcu przychodzi pora podziękować gościnnemu Rasimowi i się pożegnać. |
| Schodzimy jeszcze niżej, na dno górnej części Ropojany, jeszcze
trochę i znajdujemy ścieżkę prowadzącą na ostatnią przełęcz. Tą czwartą,
ponadplanową. Podejście byłoby fajne, gdyby nie kochane słoneczko i cały dobytek na
plecach. Chociaż dobrze, że kolano pod górę nie boli. Gdy jesteśmy już dosyć wysoko nad dnem doliny, widzimy dwudziestokilkuosobową grupę z plecakami, nadchodzącą od strony granicy. Prowadzi ich policjant, chyba czarnogórski. Przyglądamy im się przez lornetkę. Rozstawiają namioty, gadają z pasterzami. Dobrze, że jesteśmy już wysoko i nie znaleźliśmy się w złym miejscu o złym czasie. |
|
![]() |
Tuż przed przełęczą stajemy na popas. Suszone owoce, orzeszki, szumak. Nabieramy
śniegu w czarną folię, wystawiamy na słońce i zbieramy wodę do butelek. Podeszwa
Davida znowu się odkleiła, dowiązuje ją za pomocą repsznura i mojego szwajcarskiego
scyzoryka z szewskim szpikulcem. Pomaga sobie korkociągiem. Słowo korkociąg bardzo się
podoba Czechom. Pytam się jak to po ichniemu - vývrtka. Ivoą powtarza: korkociąg -
korkotah. Ja na to: vývrtka - wywiertka. Szczery śmiech długo się niesie echem po
skałach. Ostatnia przełęcz. Nie ma jeszcze trzeciej po południu. Maja Jezerce na wyciągnięcie ręki. Wchodzimy dzisiaj? |
| Już i tak jesteśmy w albańskich Prokletih dłużej niż planowałem,
śpieszy mi się do domu, czeka mnie jeszcze następny wyjazd - Chorwacja z Ag. Myślę
sobie, że jak wejdziemy, to może zdążyłbym zbiec jeszcze dziś w nocy do Gusinje, tak
nawet łatwiej by było uniknąć czarnogórskiej policji. Chłopaki mnie przekonują, że
chyba jednak lepiej nie. Ze szczytu być może wracalibyśmy już po ciemku. Po dłuższej
chwili przyznaję im rację. Daleko, na polu śnieżnym, widać trzy osoby schodzące od strony Maja Jezerce. Na jakiś czas tracimy ich z oczu. Schodzimy jeszcze kawałek, widzimy, że zeszli nad jezioro i chyba zamierzają tam dłużej posiedzieć. Przepakowujemy bety, zostawiamy co niepotrzebne pod głazami, gdzieś tu będziemy nocować. Też chcemy zejść i się wykąpać. Chwilę się zastanawiamy, czy warto w naszej sytuacji ryzykować spotkanie z kimkolwiek. Widząc, że trójka nieznajomych nie ma zamiaru ruszyć tyłków, mimo wszystko ruszamy w kierunku jeziora. Po pół godzinie jesteśmy nad brzegiem. Nieznajomi są schowani za skalnym załomem, dosyć daleko od nas. Na razie się z nimi nie integrujemy, tylko się rozbieramy i włazimy do wody, oczywiście na waleta. Czesi mówią, że jak przyjdzie policja to nas może zgarnąć za nemravost. Śmiejąc się, pytam co to jest - okazuje się, że nemravost znaczy niemoralność. W zamian ja im tłumaczę, co to jest po polsku niemrawość. Znowu jest wesoło. Wypływamy na środek jeziora. Woda jest zimna, ale da się wytrzymać. Tego nam było trzeba po kilku dniach w upale bez żadnej kąpieli. Trzeba nabrać wody z potoku spływającego do jeziora, ale do tego musimy przejść obok trójki turystów. Kobieta i dwaj faceci z Belgradu, jeden z nich okazuje się być serbskim policjantem, oczywiście na urlopie, a nie na służbie. Mówią, że mieszkają w domku na polanie Zastan przy rozwidleniu dolin w Ropojanie, z tego co zrozumieliśmy, należącym lub użytkowanym przez policję w celach wypoczynkowych. Próbowali wejść na Maja Jezerce, ale doszli tylko nieco ponad przełęcz pod szczytem, dalej było za trudno i krucho, woleli nie ryzykować. Mówią, że może ze sprzętem wspinaczkowym by dało radę. My w razie czego mamy trochę szpeju. Karmimy ich wersją, że weszliśmy w góry od strony albańskiej, że jutro idziemy na szczyt, a potem jeszcze zobaczymy, co dalej. Rżnąc głupa, pytam czy mają przepustkę, bo słyszeliśmy że ciężko ją zdobyć. Nie mają żadnego glejtu, przeszli normalnie przez granicę najprostszą drogą. Oprócz strażnicy w Vusanje, powyżej w dolinie nikt nie pilnował. Domyślam się, że zawodowy policjant, chociaż serbski, i tak by mógł mieć jakieś ułatwienia, ale już nie drążę tematu tylko się w duchu cieszę z dobrych wieści na jutrzejszy powrót. Żegnamy się i ruszamy każdy w swoją stronę. Po rozbiciu namiotu gotujemy kolację, już raczej na pewno pożegnalną. Pijemy wywar z zebranej macierzanki i jeszcze jakiegoś zioła, według patentu Czechów. Wieczór jest zupełnie bezwietrzny, z trawy wstają chmary meszek. Są wyjątkowo upierdliwe, włażą do oczu, nosa, za rękawy, trzeba się cały czas oganiać. Z Ivoąem przenosimy namiot na pobliskie pole śnieżne żeby tam spać, tam gdzie nie ma trawy to nie będzie i tego cholerstwa. David bohatersko zostaje spać na łące, po zachodzie zrywa się lekki wiatr i trochę rozpędza naszą plagę. Jutro wcześnie rano idziemy na górę. 10. Najdłuższy dzień 31 lipca |
|
|
Wkrótce zaczynają się przeplatane skałami pola śnieżne, którymi wiedzie większość drogi na ostatnią przełęcz pod szczytem. Wychodzimy z cienia, mimo wczesnej pory robi się bardzo ciepło. Odsłania się widok na Ropojanę i góry po jej drugiej stronie, których topografię zdążyliśmy całkiem nieźle poznać przez ostatnie dni. Na przełęczy zaczynają się czerwone znaki prowadzące na wierzchołek Maja Jezerce. |
![]() |
Po krótkim odpoczynku ruszamy w górę. Zaczyna się paskudny, osypujący się piarżysty stok. Doprowadza nas on do wypełnionego śniegiem stromego żlebu, który już z daleka rozpoznaliśmy jako naszą dalszą drogę. Wszystko się zgadza z opisem znalezionym w sieci. To pewnie do tego miejsca doszli wczoraj Serbowie. Śnieg jest za stromy, żeby bez raków nim podchodzić, idziemy więc prawą stroną żlebu. |
| Teren wymaga "łatwej" wspinaczki po skałach. Hmm, łatwej,
gdyby nie ten syf co leci spod nóg po każdym kroku, gdyby nie trzeba było delikatnie
macać każdego kamienia którego się łapiemy, czy przypadkiem się nie rusza.
Makadamska hora - śmieje się po czesko-serbsku David. Kurwa mać, dokładnie -
odpowiadam po ogólnosłowiańsku. Po tym najparszywszym odcinku robimy sobie postój na szumaka. Wyżej już nie jest tak stromo, ale ciągle wszystko się sypie. Szutrowa góra, jakby nie było. |
|
|
Wychodzimy na grzbiet, ostatnie metry są prawie płaskie, skaczemy po głazach. Aż w końcu wyżej już nie ma nic, wszystko jest pod nami, jesteśmy na dachu Gór Przeklętych. Jest dopiero 9.10, szybko nam poszło. |
![]() |
Rozpoznajemy szczyty będące następnymi celami Ivoąa i Davida. Układamy spory kamienny kopczyk. Byczymy się na słoneczku jakieś półtorej godziny, nie chce się wracać, ale kiedyś trzeba. |
![]() |
Jak to zwykle bywa, zejście w kruszyźnie jest gorsze niż podejście. Na tym najbardziej parchatym kawałku trzymamy się razem. Niby jak jeden poleci to prosto na drugiego, ale jak się jest na wyciągnięcie ręki, to można sobie nawzajem jakoś pomóc. Nikt nie leci na nikogo, osiągamy podstawę żlebu, a wkrótce potem przełęcz. |
![]() |
Dalsze zejście to już sam miód. Większość trasy pokonujemy zbiegając polami śnieżnymi, tu gdzie stromiej zjeżdżając na butach. Około południa jesteśmy już w miejscu wczorajszego biwaku. |
![]() |
Wyjmujemy cały bajzel spod kamieni, oddaję chłopakom linę, którą cały czas nosiłem, a z której ani razu nie zrobiliśmy użytku, biorę za to kilkudniową paczkę śmieci, którą zniosę dziś na dół. Cały czas mam też flaszkę Wyborowej, w razie potrzeby ostateczny argument przy spotkaniu służb mundurowych. Schodzimy nad jezioro, nad którym tym razem nikogo nie ma, kąpiemy się. Pstrykam ostatnią fotkę naszego jeziora i gór nad nim. |
| Akurat mi się skończyła karta, więc ją wyjmuję i na jej miejsce
wkładam drugą, częściowo wypełnioną zdjęciami z ostatniego łódzkiego sylwestra.
Tą pełną chowam w pudełku z ibuprofenem. Dalsze focenie dopiero w Czarnogórze. Nie
będzie dowodu, że byłem w Albanii. Chyba popadam w lekką paranoję. Zbieramy dziki
czosnek, żeby dodać do obiadu. A obiad robimy wypasiony, całkowicie z czeskich
zapasów. Moje się już skończyły, nie przewidywałem, że tak długo zabawię w tych
górach. Chłopaki planują jeszcze dziś wejść na Maja e Rosit, na granicy Albanii z
Czarnogórą. Mówią, że jak się za dużo naćpają obiadem, to im będzie ciężko
iść. Wyjaśniam im różnicę między polskim i czeskim znaczeniem ćpania. Wpisują mi
adresy do kapownika, obiecuję że niedługo po przyjeździe wypalę im płytki z fotami i
wyślę. Komórkę mam zupełnie rozładowaną, mówię że nie wiem czy da radę, ale
spróbuję im napisać, jak już będę sączył zimne piwko w Gusinje. Żebyś nie
musiał pisać z więzienia - śmieją się. Żegnamy się i ruszam w dół, w kierunku
granicy. 11. Zamglone pasmo 1 sierpnia |
|
|
|
| Po wyjechaniu zza jednego z zakrętów już z daleka ukazuje się słynny most na Tarze. | |
| Po chwili do niego dojeżdżam. Rzeczywiście jest wielki, ale nie robi na mnie aż takiego wrażenia, jakiego się spodziewałem oglądając internetowe strony biur turystycznych. Mimo wszystko warto było tu zajrzeć. | |
![]() |
|
| Gdy przechodzę przez most i robię zdjęcia, miejscowy facet pyta mnie,
czy potrzebuję noclegu. Za chwilę jakaś laska proponuje rafting na Tarze. Pytam o ceny,
biorę wizytówkę, może kiedyś się przyda. Czas jechać do Žabljaka i w Durmitor. Jak
przystało na turystyczny rejon, obok mostu machają stopowicze. Zabieram dwóch
miejscowych i Czeszkę z plecakiem, wszyscy jadą właśnie do Žabljaka. Po praktykach
ostatnich dni nie mam problemów z dogadaniem się osobno z Czeszką i Czarnogórcami, ale
wszyscy naraz nie zawsze mnie rozumieją. Podejmuję więc próbę stworzenia
słowiańskiego esperanto, zresztą z niezłym skutkiem. W Žabljaku w informacji turystycznej kupuję mapę Durmitoru. Szkoda, że tym razem nie będzie już czasu z niej skorzystać. Teraz kolej na przejechanie słynnej szutrowej drogi do Trsy przez Sedlo 1908. Okazuje się ona niezłej jakości. W przeciwieństwie do albańskich dróg, nigdzie nie mam obaw o zawieszenie i podwozie, a może jestem już po prostu uodporniony. Prawie cały czas można jechać na dwójce, a często i na trójce. Spotykam całkiem sporo samochodów, w tym niemiecki i węgierski. Warto przejechać ten odcinek dla samych widoków. Przy okazji skodzinka bije swój rekord wysokości nad poziomem morza. W tej formie jaką złapałem, z przełęczy pewnie bym myknął na Bobotov Kuk i z powrotem w 5-6 godzin, akurat żeby zdążyć przed nocą i się kimnąć w samochodzie. Innym razem. |
|
![]() |
|
| Przed Trsą znowu zaczyna się asfalt, a dalej piękny zjazd serpentynami, z zakrętami czasem schowanymi w ciemnych tunelach, nad Pivsko jezero. | |
![]() |
|
| Później znaną mi już drogą kanionem Pivy, przez niezliczone tunele, dojeżdżam do przejścia granicznego Hum/Šćepan Polje. | |
![]() |
|
| Zgodnie z zaleceniami mam przygotowaną kartę pobytową z wpisaną
naprędce datą opuszczenia kraju. Jednak, tak jak przypuszczałem, nikt się o nią nie
pyta. Czarnogórzec macha ręką bez patrzenia w dokumenty, pogranicznik po stronie BiH
tylko kuka szybko w paszport i puszcza. To przejście graniczne ma swój niepowtarzalny klimat, jest położone daleko od wszystkich miejscowości, posterunki mieszczą się w kontenerach, szlaban jest ręcznie podnoszony. Ciągle stoi zionący pustką barak z dumnym napisem DUTY FREE SHOP. I nie mogę uwierzyć, jak ten drewniany most znosi obciążenie autobusów i ciężarówek. |
|
![]() |
|
| Zaraz za granicą kupuję od przydrożnego handlarza duży słój miodu za
5E. Dalej międzynarodowa droga E762 jest na długich odcinkach szutrowa. Asfalt, jeśli
czasem się pojawia, też pozostawia wiele do życzenia. Jechałem tędy w drugą stronę
w zeszłym roku, później zimą było duże obsunięcie ziemi. Drogę wyremontowali, ale
jej jakość się nie zmieniła. Natomiast dalsza droga z Fočy do Sarajewa nie byłaby
warta wspomnienia, gdyby nie poprzeczne progi na remontowanych odcinkach, zmuszające do
częstego zwalniania. W Sarajewie włóczę się trochę po centrum i po starym targu Baąćarąija, kupuję trochę marek w kantorze, zjadam burka w kafanie, zaopatruję się w miejscową muzykę - Tifa, Zabranjeno puąenje, Skroz. |
|
![]() |
|
| Jestem tu już drugi raz i znowu nie ma czasu na dłuższe zwiedzanie.
Przejeżdżam obok stadionu Koąevo, przed wyjazdem z miasta tankuję do pełna względnie
tanią benzynę i ruszam na północ. 12. Sedime v Beograde... 2 sierpnia |
|
* * * |
|
| Rano wysyłam semsa do chłopaków, zaraz przychodzi odpowiedź. "Ahoj, vystoupili na oba vrcholy a prosli labyrintem skal - zajimave, ale umorne. Sedime v Beograde, cekame na bus do Cech. Hezkou dovolenou v Chorvatsku!" | |
| © Zawodowiec @ cro.pl/forum | |